Szkoła nasza codzienna

Do pewnego momentu w życiu rodziny jej nie ma.
My ją dawno skończyliśmy, a nasze dzieci mają do niej...ho...ho... Pławimy się w puchu znanego, bezpiecznego klubiku, przedszkola, opiekunki, domu. Mamy złudzenia panowania nad rzeczywistością i materią.

Aż tu nagle!
Bach! I jest!
Na co dzień, przez najbliższe kilkanaście lat.
Coś większego od nas wkracza w naszą rodzinę z ogromną siłą - system, państwo, oceny, hierarchia.
I nasze dziecko w tym wszystkim.
Szkoła, ta klasyczna, bardzo mocno obnaża jak jest niekompatybilna z naszymi rodzinnymi systemami wartości. To, co dla nas ważne, tam jest gdzieś na końcu. Prowokuje do złości, buntu, krytykanctwa.
Uruchamia w nas stare lęki, obawy, czasem traumy. Konfrontuje, zaskakuje, męczy, dręczy.
Już sam jej wybór jest męką.
Państwowa najbliżej domu? Społeczna w dzielnicy obok? Prestiżowa prywatna? a może coś zupełnie "obok" systemu - szkoła demokratyczna?
Co zapewnić dziecku? Radosną atmosferę, najlepsze wyniki w nauce, kompetencje społeczne?
Do tego dochodził wybór, czy Antek ma zacząć szkołę jako 6- czy 7-latek? Czułam, jak akcja "Ratujmy maluchy" mąci mi w głowie i w sercu. Oddala od intuicji. Nakręca w złych emocjach. Co nie znaczy, że wierzyłam w to, co proponuje beztrosko MEN.

Decyzję o wyborze szkoły dla Antka wspominam, jako niezwykle męczący i momentami dramatyczny proces. Musieliśmy sobie na nowo odpowiedzieć na pytania o nasze wartości, potrzeby, możliwości, oddzielić własne pragnienia od tych Antka. Nazwać strachy ("zniszczą mi dzieciaka", "zabiją w nim twórczy pierwiastek", "zniknie jego podmiotowość"). Przeprowadziliśmy mnóstwo rozmów, dyskusji, kłótni czasem.

Lęki o bezpieczeństwo, rozwój emocjonalny, społeczny, indywidualny, na szczęście nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. Szkoła dała radę. Różnorodność buduje Antka, a nie jest dla niego zagrożeniem.
Nadal towarzyszy mi jednak obawa, że radość z nauki, jaką cały czas w sobie moje dziecko ma, gdzieś się ulotni. Że szkoła nie nauczy go zadawania pytań, wątpienia, szukania. I jeżeli tak będzie, co ja mogę z tym zrobić?

Teraz Antek jest w 3. klasie. W małej, dobrze zarządzanej, państwowej podstawówce w okolicy.
W podstawówce, która ma wady, które mnie okrutnie złoszczą. Czasem da się z nimi coś zrobić, czasem nie.
W podstawówce, która ma też mnóstwo zalet i którą moje dziecko bardzo lubi.

A ja po tych 3 latach widzę swoje błędy w podejściu do szkoły. Błędy, które chcę skorygować, bo nie służą ani mnie, ani Antkowi, ani naszej rodzinie.
Pierwszy i zasadniczy to postawa "walki" i nieustannej oceny. Mojemu dziecku zupełnie to nie było potrzebne. Odetchnął, kiedy przestałam tak nadawać na ten "nieludzki, przestarzały system edukacji państwowej" ;-) Tak, jakbym zapomniała dlaczego go wybrałam. A wybrałam przecież bardzo starannie. Więc po co fundować dziecku rozdwojenie rzeczywistości?

Zaczęłam rozmawiać, wyjaśniać, próbować zrozumieć niezrozumiałe sytuacje, uczyć go odnajdowania się w innym systemie wartości, niż domowy, pokazywać wielowymiarowość sytuacji. I okazało się, że nie ma to nic wspólnego z rezygnacją z siebie i konformizmem. Uwierzyłam w szkołę i moje dziecko.
Jeżeli zależy mi na wychowaniu pewnego siebie, dojrzałego człowieka, którego nie załamują porażki, "wewnątrzsterownego", to sama nie mogę nieustannie krytykować i stać na barykadzie.
Walka wypala. Walka nie buduje.
Krytyka przykrywa lęki i niedojrzałość.
Drugi błąd to nadmierna obawa przed szkołą, przed rzeczową rozmową, kierowanie się tylko emocjami. A ze szkoła da się gadać. Bo szkoła to ludzie :-) Często bardzo fajni, tylko trzeba sobie zadać trud i ich poznać.

A wszystkie te refleksje urodziły mi się po lekturze świetnego numeru "Poradnika psychologicznego" Polityki, właśnie poświęconego szkole.
Szczególnie poruszył mnie wywiad z Anną Świątek, polonistką w warszawskim liceum, "Rodzice na wagarach". Inne teksty i wywiady też są bardzo inspirujące, np: ten o roli sportu w życiu dziecka "Do celu przez płotki" z Aleksandrą Zienowicz, psycholożką sportu.
Dużo mnie uczą, nawet nie o samej szkole, ale o mnie, jako matce.
Bardzo Wam polecam.

Na koniec przytoczę Wam cytat, o którym teraz nieustająco myślę:
"Dziś żyjemy w czasach kultury masowej; młodzi przestali umieć analizować świat - wyłącznie oceniają. A, jak wiadomo, nie można logicznie oceniać, bez przeprowadzenia analizy. Uważam, że dzieciom obecnie nie powinno się pozwalać np: na formułowanie negatywnych recenzji. Niech się najpierw nauczą dostrzegać choćby najmniejsze zalety ludzkich wysiłków. Dobrze im uświadomić, że także przy słabym spektaklu, filmie czy innym przedsięwzięciu ludzie się napracowali i dlatego warto poszukać czegoś wartościowego. Uprawianie krytykanctwa działa na młodego człowieka autodestruktywnie." "Rodzice na wagarach" str. 12,13.

5 komentarzy:

  1. Lektura na jeden wieczór - tak szybko się ją połyka:)
    Biorę aktywny udział w życiu szkolnym, a właściwie brałam... dwa lata w Radzie Rodziców i Szkolnej Radzie Rodziców, ale w tym roku pękłam (dziecko chodzi do osiedlowej "hurtowni szkolnej" - podstawówka, gimnazjum i jedna klasa liceum). Szkoły walczą o byt, o obiady za 3 złote, bezpieczną drogę do szkoły i remont dachu. Potrzeby wyższego rzędu są o kilkanaście szczebli dalej w tej dziurawej drabinie.
    Zastanawiam się nad własnym udziałem w niechęci syna do szkoły (ach to narzekanie na system). Skąd on we mnie?
    Uważam za ważne funkcjonowanie dziecka w grupie rówieśniczej (czy radzi sobie na podwórku, na osiedlu). Szkolne przyjaźnie traktuję bardzo poważnie. Stąd wybór szkoły.
    Czasem jednak załamuję ręce nad jego zeszytami, książkami i kartami pracy. Trzecia formułka spowiedzi i przepisz zamiast wymyśl mnie rozkładają na łopatki.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Odtworczosc w myśleniu tez mnie przestrasza.
    I tez zastanawiam sie nad swoja niechęcią do szkoły jako takiej. Bo jakiejś wielkiej traumy szkolnej to nie mam. Ale z drugiej strony nie chciałam swiadomie skorzystać z możliwości uprzywilejowanych, czyli szkoły prywatnej. Tez mnie cos od tego odrzuca.
    Uparlam sie tylko, ze nauczę moje dziecko pytać, wątpić, zadawać pytania, choćby nie wiem co :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry, do szkoły mi dopiero albo już za rok... Poszukam tego przewodnika, a cytat faktycznie ciekawy. Widzę taką postawę w pracy, młodzi nie myślą, nie analizują, nie zbierają danych, poprzestają na powierzchownych informacjach mimo szerokiego dostępu do różnych źródeł wiedzy i informacji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poradnik kupiony :) Przy okazji pan w kiosku podsunął mi też numer o pracy. Bardzo ciekawe są te wydawnictwa. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Izabelko, to prawda, to fajne pismo :) miłej lektury!

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger