Spokojny dom


Doświadczenie przed teorią.
Dotknięcie przed wiedzą.
Czucie przed koncepcją.

Ostatnio w moim macierzyńskim życiu wydarzyło się coś bardzo ważnego.
Coś, co pozwoliło dotknąć niedostępnego.

Od początku szkoły i przedszkola moich dzieci angażuję się w życie tych miejsc. Ale teraz, bardzo regularnie, uczestniczę w szkolnych wycieczkach Antka, a od września, co czwartek, czytam w grupie przedszkolnej Zosi.
Mogę obserwować moje dzieci w ich środowisku "pracy" -  patrzeć, jak się zachowują w grupie, w relacji z panią wychowawczynią. To przyjemnie wiedzieć, jak sobie radzą, są lubiane, jak ich potencjał twórczy się realizuje.

Ale, w całej jasności, objawiła mi się też druga strona. Coś, do czego nie mam dostępu na co dzień.
Zobaczyłam, jakim napięciom i siłom podlegają moje dzieci.
Jak muszą się dostosować do wymagań, zasad, wytycznych (czasem bardzo głupich, czasem nie).
Jak nie zawsze rozumieją, co proponują im dorośli, bo to, co proponują, jest czasem idiotyczne.
Jak próbują godzić swoją odrębność z potrzebą przynależności do "stada".
Jak uczą się kreślić swoje granice wobec innych, także dorosłych.

To jest prawdziwe zmaganie się.

Mam oczywiście pokusę natychmiastowego zabrania ich "stamtąd" i umieszczenia w ciepłych warunkach jakiś "lepszych" szkół i przedszkoli.
Ale nie da się zabrać dzieci z życia.

Tak opisałam to u boskiej Katachrezy: (OT: jeżeli jeszcze jej nie czytacie, to szybciutko to nadróbcie!)

Mam ochotę zabić /ochrzanić/ sterapeutyzować każdego dorosłego, kto w moim mniemaniu, źle potraktował moje dziecko. Trenera, nauczycielkę, świetliczankę, innego rodzica.
I oczywiście nie chodzi mi o jawne przekroczenia, na które trzeba reagować.
Chodzi mi o zwykle życie. Kiedy słyszę smutny głosik mojego dziecka, "dziś trener krzyczał", dostaję bielma na oczach i duszy i mam ochotę biec i walczyć.
Pianę toczyć, kopię kruszyć, naprawiać świat, żeby moje dziecko NIGDY nie doświadczyło smutku, niepokoju, trudności.
Zmieniać szkołę, wypisywać z basenu, szukać innego klubu sportowego.
Iść z maczetą i wyrąbywać mu szeroka ścieżkę ograniczoną zewsząd drutem kolczastym.
Żeby ukoić mój niepokój.
Już moje własne dziecko zaczyna się mnie obawiać i niechętnie się zwierza, bo "będziesz się tak bardzo się denerwować i na wszystkich krzyczeć."
Głęboki wdech, jeden, drugi, i kolejny... I jeszcze jeden.
Nie chcę być histeryczną, zalęknioną matką.
Tym pozbawiam siebie mocy.
Pozbawiam mocy moje dzieci.


Nie tego ode mnie potrzebują.
Więc nie zabieram i nie wypisuję. Głęboko oddycham.

Jednak nie jestem w stanie zagłuszyć tego niepokoju, jaki czuję, kiedy widzę ich zmagania.
Zostaję więc z pytaniem: co ja mogę z tym zrobić? na czym polegać ma moje wsparcie?

W ciszy i w bliskości wnioski przychodzą szybko.W prostych punktach.
Serce przecież wie. Nie kombinuje.

1. Mogę zapewnić w domu jeszcze więcej spokoju i bezpieczeństwa emocjonalnego.
Odpuścić jeszcze bardziej oczekiwania i napięcie. Nie boksować, nie stresować, nie karać i nie nagradzać.
Ustanowić dom miejscem całkowicie wolnym od systemu "marchewki i kija".
(tu polecam Wam dwie książki w tym duchu, które bardzo mi pomogły w tej kwestii - "Dialog zamiast kar" Zofii Żuczkowskiej i "Bez kar i nagród" Alfie Kohn'a)

2. Mogę jeszcze bardziej nie przywiązywać się do ocen, osiągnięć, porażek.
Skończyć z pohukiwaniami i szantażykami emocjonalnymi "jak nie posprzątasz pokoju, to coś tam, coś tam..."
Tego mają dosyć na zewnątrz. To zobaczyłam w całej jasności. Do domu mają wracać po spokój, a obowiązki wykonywać bez pośpiechu i napięcia. Dom, jeszcze bardziej, ma być miejscem rozluźnienia.

3. Mogę dawać jeszcze więcej dobrego jedzenia, relaksu, śmiechu, spacerów, grania w planszówki, czytania, rysowania, wspólnego gotowania.
Mogę pilnować odpowiedniej ilości dobrego, ożywczego snu.
Mogę dawać jeszcze więcej komunikatów: "tak, poczytam ci", "tak, chętnie z tobą zagram", tak, słucham cię", "tak, chodźmy razem na spacer".

4. Mogę przyjmować z otwartym sercem wszystkie uczucia dzieci.
Mogę z pogodnym spokojem znosić napady frustracji, złości i smutku. Nie brać tego do siebie.
Na całym świecie tylko ja mam moc przetrzymania ich.
Mogę godzić się na wiecznie zgubiony strój od w-f, nożyczki, ćwiczeniówkę. Nie stresować tym dzieci.
To naprawdę nie jest istotne.

5. Mogę jeszcze bardziej dbać o siebie, żeby było z czego czerpać w takich sytuacjach. A jak wiadomo, nie zawsze łatwo się opanować. Mnie też.
Więc też się wysypiać, dobrze jeść, relaksować się, ćwiczyć.

6. Mogę jeszcze bardziej być bazą, opoką, spokojem, pewnością, czymś niewzruszonym i pewnym.
Żeby miały siłę być w tym dziwnym świecie. I żeby czuły, że ja w nie wierzę.

To mogę zrobić.
Na to mam wpływ.
Teraz to najważniejsza rola dla naszej rodziny.
A ja czuję ulgę, że tak mocno to poczułam.

Spokój...

p.s. a turkusy w tle ze specjalną dedykacją dla Katachrezy. Dziękuję Ci, że tak pięknie piszesz i każdym swoim pisaniem otwierasz we mnie kolejne "drzwiczki"!

44 komentarze:

  1. Joanno, dziękuję!
    O dzieciach piszesz tak, że siedzę i się uczę, a na blogu notka rozpoczęta po tym, jak do czegoś, nie wiedząc o tym, gorąco mnie namówiłaś. Siedzę i ćwiczę spokój i dostrzeganie.
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niech płynie, niech się zmienia, niech się dzieję :-))
      Ja bym mogła nieustannie Ci powtarzać: "dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję..."

      Usuń
  2. pięknie i mądrze!!!!! ach! aż poczułam w brzuchu!!!! dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję. też za to że przypominasz że mądrość mamy w sercu, w burzuchu. tam wszystkie odpowiedzi :-))
    Pozdrawiam serdecznie,
    Ania O.

    OdpowiedzUsuń
  4. ale mądrze napisane! i robisz coraz ładniejsze zdjęcia :-) Ula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ula, miód na moje uszy :-)

      Usuń
  5. Tak, racja Asiu... dom powinien być tym miejscem gdzie odczuwamy spokój. Nie tylko dzieci, ale i my dorośli. Problemy życia zewnętrznego powinny zostawać za drzwiami.

    Ale wiesz jak obserwuję swoje dzieci w takich pozadomowych potyczkach to z dumą patrzę jak świetnie sobie dają radę. Jak świetnie potrafią wymanewrować od idiotycznych nakazów, ustaleń, wymagań. Jak doskonale przystosowują się do relacji z różnymi charakterami, znając jednocześnie własną wartość (córka: nie umiem rysować tak ładnie jak Ola, ale świetnie tańczę :))) to daje mi poczucie spokoju, że poradzą sobie :)

    Hi hi Happy Home też mam, cudowna!!!

    Ściskam mocno :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i Ty ich tego nauczyłaś :-)))

      Happy Home to moja "biblia" ;-)

      Usuń
  6. Joann, bardzo to celne i cenne co napisałaś. Ja co prawda tylko w jednej wycieczce klasowej ostatnio uczestniczyłam, ale od razu po niej zabrałam Hanię do domu i byłam dla niej bardzo łagodna...
    Przy tym liczne rodzeństwo trochę chroni przed nadopiekuńczością, po pierwszej dwójce moja wewnętrzna lwica trochę przysnęła, z pozytywnym efektem dla kolejnej dwójki.
    Ale skomplikowane to wszystko. I dzięki za katachrezę, nie znałam ale nadrobię. Tylko takie właśnie ciągłe sprzeczności - tu odpuścić ciśnienie, obowiązki, tam wymusić (dać wypracować) samodzielność, współodpowiedzielność. Sama się czasem miotam i czasem kładę z mętlikiem w głowie. I jest dla mnie prawie pewne, że nie unikniemy łatki toksycznych rodziców - wbrew pozorom ta świadomość przynosi pewną ulgę ;-)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzruszyłam się i poczułam wstyd, ze nie pomyślałam o tym nigdy. Dzięki za ten wpis. Ale wiem też ze życie wg tych zasad to cholernie cięzka praca nad sobą i nad wyważeniem, gdzie moje, gdzie twoje gdzie nasze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iza, Mamo Matiego, to prawda, ze to sztuka i pewnie niewykonalna w całości. Poza tym idealne istoty są nudne ;) ale próbować można każdego dnia choć odrobinkę :)

      Usuń
  8. Wiesz, że mam ostatnio podobne mysli? Do momentu, gdy Julka była w domu, nie dotykało mnie to tak bardzo. Odkąd poszła do przedszkola, niemal codziennie tego doświadczam. Smuci się, bo koleżanka powiedziała, że jej nie lubi. Płacze, bo "nabroiła" i pani była zła. Nie chce tego, nie rozumie tamtego. Widzę, jak boleśnie przychodzi to wkraczanie w życie społeczne. Też mam ochotę ją stamtąd zabrać, ochrzanić wszystkich, przez których jest jej przykro, ale przecież tak wygląda nauka życia... To takie trudne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dzieci potrzebują nas wtedy podwójnie - naszego spokoju, pewności, opanowania, wiary, że sobie poradzą. Gdzieś muszą mieć swoje gniazdko, bezpieczną i ciepłą norkę :-) Trzymam za Was kciuki, wierzę w Was :-)

      Usuń
    2. Oj tak, masz rację. Staram się jej dawać z siebie jak najwięcej wiary, spokoju i pozytywnego nastawienia do świata. Julka jest bardzo żywiołowym, ale i szalenie wrażliwym dzieckiem, więc łatwo nie jest, ale wierzę, że da radę. Mam nadzieję, że przekuje to, co dziś może wyglądać jak wada, w największą zaletę.

      Usuń
  9. Asiu, to wspaniałe że dzielisz się takimi mądrymi a jednocześnie bliskimi każdemu z nas, codziennymi sprawami :) dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli na codzień pędzimy i napinamyi się by wszystko było zrobione na 100 %, przestajemy dostrzegać to co jest na prawdę ważne, to o czym piszesz :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Taaak. W czwartek spędzę cały dzień z klasą syna, niedawno byłam z nimi na rękodzielniczych warsztatach. Podpisuję się pod tym co napisałaś, choć zaczęłabym raczej od "staram się" być i dawać. Czasem coś jednak idzie nie tak i dzień bierze w łeb. Mówię sobie wtedy - bądź ty sobie wystarczająca, kobieto.

    OdpowiedzUsuń
  12. Of kors, nie chciałam żeby zabrzmiało to jak "bacik", w żadnym razie ;) siebie traktujemy tak samo dobrze i jak coś nie idzie, to mocno przytulamy :))

    OdpowiedzUsuń
  13. Pięknie nam Joasiu wypunktowałaś nasze matczyne/rodzicielskie możliwości.
    Wszystkiego dobrego dla Was!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To "mogę", a nie "muszę" mnie uskrzydla :) I dla Ciebie Alcyś samych dobroci!

      Usuń
  14. Jak mądrze, jak pięknie, czytałam wczoraj parę razy, dziś i pewnie jutro poczytam:)
    Zdjęcia idealne!

    OdpowiedzUsuń
  15. Oh, Kann, dziękuję, to dla mnie zaszczyt, że tu jesteś.
    A co do zdjęć, to nowy obiektyw się sprawdza :))

    OdpowiedzUsuń
  16. Czytam Joasiu jeszcze raz Twoje pisanie, przepuszczając te mądre myśli przez pryzmat wychowywania rozbuchanego ;) sześciolatka i cieszę się, że (dzięki WM ;) tutaj trafiłam :)) Będę zaglądać, pozdrawiam, dziękuję i życzę Wam wszystkiego dobrego :-)
    Panczez :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panczez, zapraszam, rozgość się na dłużej :-))))

      Usuń
  17. Witam,
    Jestem mamą sześciolatki. Tak czytam to co tu piszecie i się zastanawiam w jakim świecie Wy żyjecie?? Nie twierdzę, że wszystko o czym mówicie jest dla mnie abstrakcją, ale.... Życie nie jest usłane różami i nigdy nie będzie, Więc zamiast pisać o jakimś wyidealizowanym, nierealnym świecie, może skupiłybyście się na tym jak faktycznie pomóc naszym dzieciom aby miały szczęśliwe dzieciństwo i aby wyniosło z domu rodzinnego jak najlepsze wartości... Bo wybaczcie, ale dla mnie dom bez reguł (w tym również pewnych zakazów) to nie jest dom bezpieczny.. I to, że np moje dziecko po zabawie odkłada zabawki na miejsce nie czyni go chyba mniej szczęśliwym niż gdyby chodziło pomiędzy walającymi się wszędzie zabawkami... Poza tym jak długo może trwać ten "piękny bałagan", bo rozumiem, że tak jak i zabawki mogą być porozkładane wszędzie tak samo może być na przykład i z opakowaniami po artykułach spożywczych..(a niestety tak szybko jak powstanie ten "piękny bałagan" tak samo szybko w ich otoczeniu zamieszkają robale). Asiu pokazujesz takie piękne wnętrza i się zastanawiam, kto dba nad ich porządkiem... bo rozumiem, że dzieci nie włączają się w sprzątanie...a jak opisujesz to masz mnóstwo zajęć...więc czasu na sprzątanie chyba za wiele Ci nie zostaje (czyżby pomoc osób z zewnątrz?)... Mówicie tu że na zewnątrz czeka na dzieci mnóstwo "głupich" zakazów, więc pozwolę sobie podać przykład myślę, że z nie jednego życia wzięty... U dziadków moje dziecko miało właśnie taki sielankowy kącik... bez nakazów i zakazów, ale nie sądzę żeby była mocno szczęsliwa gdy zakładali jej dwa szwy na głowie po wizycie właśnie w takim "idelanym" miejscu... życie... czy powinnam "zabić, ochrzanić" dziadka za to że nie zareagował gdy dziecko skakało po łóżku?? Bo nie wiem.. teoretycznie dziadek jej niczego nie zabraniał, nie krzyczał, ale.... krzywda się jej stała... Nie obwiniam go o to bo wypadki się zdarzają, ale myślę, że można było chociaż się postarać żeby zapobiec temu bólowi, który czuła.. Wystarczyło zareagować...A i babcia zmieniła swoje nastawienie po tym jak dziecko przechodząc jej przez ulicę nagle rzuciło się na samym środku... Czy to znaczy że przestała ją kochać?? Bo dla mnie oznacza to tylko, że jest dojrzalsza i bardziej świadoma .... Bo tak samo jak "zły dotyk" tak samo i "zła miłość" potrafi wyrządzić krzywdę..
    i mam jeszcze prośbę o może jakąś sugestię co powinnam zrobić w sytuacij która miała miejsce w zeszłym roku (to tak a propo pohukiwania czy szantażu emocjonalnego na czyimś dziecku, które nie reaguje na normalne zwrócenie uwagi): Moja córka zaprosiła starszą koleżankę, a mamy owczarka niemieckiego, więc ze względów bezpieczeństwa zamknęłam go w sypialni... dziewczynki się bawiły, ale nagle starsza koleżanka wpadła na pomysł żeby pukać do drzwi sypialni, co powodowało że pies zaczął się denerwować.. poprosiłam raz żeby go nie denerwowały, uciekły do pokoju... ale sytuacja powtórzyła się trzy razy.... co powinnam zrobić?? oddać psa do schroniska? czy może moje dziecko nie powinno zapraszać koleżanek do domu.... od razu powiem.. nie nakrzyczałam na nie, choć moja reakcja była stanowcza.. po prostu przedstawiłam koleżance mojego dziecka zagrożenie... nie spodobało jej się to.... i najbardziej zaskoczyła mnie reakcja... moje dziecko przeprosiło od razu a koleżanka dopiero gdy moje dziecko zwróciło jej uwagę... i wybaczcie mi, ale dla mnie bezpieczny, spokojny dom to nie taki, gdzie nasze dzieci mają na wszystko pozwolenie, ale taki gdzie się normalnie rozmawia ( również o pewnych zasadach) i wydawałby mi się trochę osobistą porażką fakt gdyby moje dziecko obawiało się mówić mi o wszystkim ze strachu przed moją reakcją... Pozdrawiam
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Moniko, nigdzie nie napisałam, że dom ma być bez reguł ;) Bardzo polecam Ci te dwie wymienione w poście książki. Pomagają bardzo ułożyć te sprawy w sobie.
      A sprzątamy wszyscy razem, także moje dzieci :)

      Usuń
  18. Witam,
    czytam post Moniki i zastanawiam się nad tą sytuacją z psem, która nie należała to łatwych a zarazem bezpiecznych!! Droga Asiu nic nie zasugerowałaś a wydawałoby się czytając Twojego bloga, że jesteś mamą która pozwala swoim dzieciom na wiele rzeczy bo przecież zakazy, nakazy to stres, którego chcesz im oszczędzić.A ksiązki można przeczytać wiele poradników jednak życie to prawdziwa szkoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Wam za Wasze, tak odmienne od mojego, głosy. Przyglądam się nim uważnie.
      Poradnictwo nie jest tym, w czym czuję się najlepiej, dlatego nie wypowiadam się w opisanych przez Monikę sytuacjach. Ten blog też chyba nie od tego jest, bo nie jest poradnikiem eksperckim.

      Tak, pozwalam moim dzieciom na wiele rzeczy, tak, odpuszczam wiele (moim zdaniem) niepotrzebnych rzeczy, tak, staram się je wychowywać bez kar, nagród, nakazów i szantażu emocjonalnego.
      I wcale nie rosną mi rozwydrzone bachory ;-) Nie mam zupełnie tego lęku.
      Idąc coraz dalej w macierzyństwo zyskuję raczej przekonanie, że przestrzeń, zaufanie, spokój to cudowne "metody" wychowawcze, w przeciwieństwie do kontroli, sztywności i stresu. W każdym bądź razie u nas się sprawdzają.
      To wszystko nie stoi zupełnie w sprzeczności z posiadaniem zasad (mamy je :-), przestrzeganiem bezpieczeństwa i wartości (przestrzegamy ;-), odkładaniem zabawek na miejsce (odkładamy ;-)
      To ciekawe, ze takie spostrzeżenia w Was to wywołało...

      Przygotuję też chyba posta o tych dwóch książkach (nie są to stricte poradniki, a tym bardziej pozycje niezwiązane z życiem), żeby bardziej szczegółowo przybliżyć te idee. A jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach ;-)

      I pamiętajcie, że jak się jak się robi zdjęcia wnętrz do publikacji, to się sprząta. Co nie oznacza, że tak jest na co dzień ;-)

      Usuń
  19. Nominowałam cię do Libster Blog Aword. Szczegóły na:
    www.Akuuku.blogspot.com w zakładce wyróżnienia

    OdpowiedzUsuń
  20. Rozumiem, że to nie jest poradnik, ale byłam ciekawa Twojego zdania, ponieważ z takim podejściem do wychowania spotkałam sie pierwszy raz.Ja bym chyba obawiała się trochę Twoich metod bez nakazów i zakazów ....
    Ps. czekam na posta o książkach :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Dziewczyny, czytajcie ze zrozumieniem! A wymawianie komuś, że ma porządek i ładnie - no litości!!!
    Pisz Asiu, bo pięknie to robisz. A Twoja uważność w postrzeganiu rzeczywistości jest bardzo inspirująca.
    A Twoje dzieci są jednymi z lepiej wychowanych, jakie znam :)
    Pozdrawiam, Ania Ch.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    2. Aniu, uściski :-)
      Droga Anonimko, w ogromnym skrócie, to na czym się opieram, to idea Rodzicielstwa Bliskości i Porozumienia bez Przemocy. Mnóstwo o tym w internetach, można poczytać :-) Na początek polecam Jaspera Juula, on bardzo prosto o tym pisze.
      A co nakazów i zakazów, to chyba kluczem jest użyte przez mnie słówko "niepotrzebne" ;-)
      Miłego dnia Wam życzę!

      Usuń
  22. Jakie mądre rzeczy piszesz!!!
    Chyba sobie wydrukuję i będę czytać i przypominać sobie jak najczęściej!

    OdpowiedzUsuń
  23. Jaki mądry, ciepły tekst. Twoje słowa zatrzymują, dają do myślenia, przypominają o tym co ważne, a co ważniejsze;) . Mnie- mamę boksującej się z rzeczywistością i mającej tendencję do przychylania nieba swojemu dziecku przywołały do pionu:) Ale w (trudno mi nazwać) pozytywny sposób. Nie na wszystko mamy wpływ, na wiele mamy. Dziękuję Joanno za te słowa.

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger