Matka feministka to ja


Tak mogłaby zakrzyknąć niejedna z nas czytając książkę Agnieszki Graff  "Matka Feministka".
Uśmiecham się pod nosem, bo bliskie są mi przeżycia i spostrzeżenia Agnieszki.
Z wielką przyjemnością to czytam.
Ta książka jest, że tak pojadę grafomańsko ;-), jak strumień dla rozlanej wszędzie wody.

Bo kobiecy głos, który usłyszała i zapisała Agnieszka Graff, jest od wielu lat obecny. Graff nie odkrywa "Ameryki", ale bardzo klarownie to wszystko układa w nasza polską całość. Nadaje kierunek.
Kobiety mówią o swoim zmęczeniu, gniewie, frustracji, jakiej doświadczają w macierzyństwie. Mówią o swoich realnych problemach z pracą, opieką, własną psychiką.
Mówią o tym, jak transformujące, dziwne, zaskakujące, ale też proste i przyjemne jest to doświadczenie.
Piszą o tym książki (np: "Macierzyństwo non-fiction" Joanny Woźniczko-Czeczott, "Zła matka" Ayelet Waldman), piszą o tym wiersze (np: "Macierzyństwo" Anny Świrszczyńskiej), piszą o tym blogi (np: blog Zimno, Katachrezy, Kaczki - świetne, świadome macierzyńsko-kobiece narracje!), wydają pisma (jak (Anty)macierzyństwo Czasu Kultury), pracują z matkami (jak Fundacja MaMa, Fundacja Rodzić po Ludzku, coraz prężniej działające środowisko doul, czy nasz Krąg)
Moje grochowskie sąsiadki mówią o tym wszystkim otwarcie na placu zabaw.
Od 7 lat słyszymy te opowieści na Kręgu Matek - o tym, jak trudno łączyć rodzicielstwo z pracą, jak szybko rozpadają się wizje równościowego związku w zderzeniu z codziennością z dzieckiem, jak szybko przykleja się stereotypowe etykietki dziecku - chłopcu i dziecku-dziewczynce, jak trudne, opresyjne i przemocowe może być wchodzenie w macierzyństwo (myślę tu o braku szacunku w porodzie, karmieniu i połogu), jak szybko rozpada się nasza niepodległa tożsamość przy niemowlęciu.
No i co zrobić z dzieckiem, jak wraca się do pracy?

To się dzieje, to buzuje, to nie jest już obarczone kulturowym tabu.
Tylko, że nikt tego poważnie nie traktuje na polu polityczno-społecznym.
Spycha się ten głos do "kobiecego światka" poradników, pism parentigowych, nieoficjalnych wspólnot, prywatnych przeżyć lub niszowych kulturowych działań.
Potem każe się określić w binarnym systemie - "zimna suka w pracy" lub "ciepłe kluchy w domu".
O przepraszam, jest trzecia droga - musisz jak najszybciej wrócić do pracy z powodu ekonomicznego i nie masz nad czym się zastanawiać. Twoje dylematy nikogo nie obchodzą.
Nie ma innych dróg. Nie ma i nie będzie. Nie jęcz, kobieto. Taki jest świat. Nieś ten krzyż. Jakoś sobie poradzisz.
Zapycha się nam buzie lukrowanymi i pustymi słowami o naszej doniosłej roli.
Zapchajcie się tym cukrem, zamulcie się tym lukrem i nie marudźcie już.

A Graff mówi - dość cukru! tak! należy to poważnie potraktować! wprowadzić do ogólnej debaty społecznej i polityki, wziąć to pod uwagę, jako pierwsze! nie! to nie jest nudne, głupie i nieistotne! Trzeba umatczynić Polskę!
I "zabrać" te kwestie konserwatystom. Odzyskać rodzinę, matki, ojców, dzieci po drugiej stronie. Tak! to jest rola dla współczesnego feminizmu!
I tak! należy stworzyć "przestrzeń" na wielość, złożoność i płynność macierzyńskiego doświadczenia!
Nie ma "jednej" matki i jednego modelu rodziny. Tak! Trzeba szukać nowych dróg!

Podstawą do nowej dyskusji jest docenienie miliarda małych czynności z jakich składa się opieką nad dzieckiem lub kimkolwiek innym. Ale docenienie nie wystarczy. Trzeba też wprowadzić realne działania, żeby ta opieka nie była tak trudna, obciążająca i frustrująca - to program polityczny i społeczny Agnieszki Graff.
To nie fakt, że chcemy się kimś opiekować "wyrzuca" nas ze świata, ale to, że jesteśmy z tym same.
Dostępne i dobre "jakościowo" żłobki i przedszkola (uwzględniające potrzebę bliskości dzieci), alternatywne formy opieki nad małymi dziećmi, długi, ale elastyczny urlop rodzicielski, ojcowie na tychże urlopach (bo bez ojców daleko nie zajedziemy, o czym Agnieszka Graff mówi głośno i jednoznacznie), skuteczna ściągalność alimentów, rynek pracy dostosowany do rodziców, a nie na odwrót.
Że nie wspomnę o zmianach kulturowo-mentalnych. O odczarowywaniu i urealnianiu doświadczenia rodzicielstwa.
"Chodzi o stworzenie takiej sytuacji społecznej - takiej obyczajowości, takich reguł gry na rynku pracy i takiego systemu opieki - by rezygnacja kobiet "z siebie" nie była konieczna. By wycofanie się matek z wszelkiej aktywności poza "radzeniem sobie" nie było normą. Chodzi o to, by mężczyźni poczuli się rodzicami na równi z kobietami i byli jako rodzice traktowani poważnie, a państwo realizowało swoje zobowiązania." (Matka Feministka, "Nie tylko oczy dziecka", str, 78) 
 Rewolucyjne? Nie, dla wielu rodziców raczej oczywiste.

Dla mnie ważny jest też jeden aspekt, który, także dzięki Justynie Dąbrowskiej, terapeutce, wieloletniej naczelnej "Dziecka" i redaktorce "Matki Feministki", zaczyna się pojawiać - opieka nad dzieckiem to nie tylko pranie, sprzątanie i gotowanie.
Jestem matką nie po to, żeby sprzątać, ale po to, żeby wychować mądrych i zdrowych emocjonalnie ludzi.
To jest cholernie ważna robota!
I docenienie tego faktu przez państwo, społeczeństwo, także przez feminizm, jest dla mnie kluczowe.
Nie obijam się, nie marnuję czasu i pieniędzy podatników, nie odbiło mi patriarchalnie, pieluchy nie rzuciły się mi na mózg, nie zrobiłam backslashowego zwrotu, tylko codziennie, wytrwale, bez fajerwerków, uczę dwoje małych ludzi, jak dbać o siebie, o innych, o swoje podwórko.
I to jest mój matczyny feminizm.
Uczę współczucia, tolerancji i odpowiedzialności. Uczę szacunku i wrażliwości.
I potrzebuję do tego zrozumienia i wsparcia.
Nie da się tego zrobić po łebkach, szybko, byle jak, bez czasu, uważności i bliskości, jednocześnie marząc o równościowym, wrażliwym i empatycznym społeczeństwie.
Po prostu się nie da.
"Nie godzę się na podział: feminizm dla niezależnych, konserwatyzm dla udomowionych. I jestem głęboko przekonana, że udomowienie jest z macierzyństwem nieuchronnie związane. Nie da się zbudować więzi z małym człowiekiem, nie spędzając z nim czasu. Aby zostać matką, trzeba być tam, gdzie nasze dziecko, czyli, nie czarujmy się, najczęściej w domu. Można jednak i należy pytać: na jak długo, na jakich warunkach i kto ma za to płacić?" (Matka Feministka, "Wstęp", str.19)

W książce i dyskusji wokół niej krąży też pewne magiczne, i okazuje się, trudne słowo.
To słowo to: więź.
Dostało się Agnieszce Graff za to słowo. Że to pułapka konserwatyzmu, esencjonalizm, no i nuda.
Nie jestem wprawna w teoretycznych dyskusjach wokół tego tematu, ale wydaje mi się, że dzisiejszy świat jest już bardzo daleko od tych, przestarzałych nieco, opinii. Większość matek, jakie znam, nie ma z więzią jako taką najmniejszego problemu. Za to ma problem, kiedy ktoś chce nią manipulować.
Długo by o tym prawić, ale wiem jedno - nie wyprę się swojej relacji z dzieckiem dla żadnej sprawy.
Nie zaprzeczę swojemu przywiązaniu i miłości. Nie zlekceważę jej i nie pomniejszę. Ani nie złożę w daninie.
I jak chce się mieć matki po swojej stronie, to bezwzględnie należy to uznać.
Nie chcę za to pomnika, medalu, czy "pustej" laurki, ale nie chcę też zniecierpliwienia i lekceważenia po drugiej stronie. Pogarda dzieli.
Trzeba redefiniować stare pojęcia, nadawać im nowe znaczenia, wzmacniać kobiety w ich sprawności, a co się do tego lepiej nie nadaje niż feminizm?
Wtedy nikt nie zrobi sobie "krzywdy" więzią i bliskością z dzieckiem
I należy pamiętać, że to właśnie więź pcha matki do podważania i zmieniania przemocowego położnictwa, czy przemocowego wychowania. To więź każe zmieniać szkoły (rozwijający się wolnościowy nurt szkół demokratycznych). To więź daje matkom determinację, żeby mówić "to mi się nie podoba, zmieniam to."
Bo więź to wielka siła.

Mówię więc patriarchatowi: miłość, jaką czuję do dzieci nie ogranicza mnie i nie powoduje, że automatycznie mam na siebie wziąć większość obowiązków i mieć niższą pensję. Nie oznacza, że mam spędzać z dziećmi cały swój czas, bo to jest po prostu nieludzkie wymaganie.
Nie oznacza też, że mam nie mówić, jak bywa mi trudno, źle i męcząco w macierzyństwie.

Mówię feminizmowi: miłość, jaką czuję do dzieci nie ogranicza mnie i nie robi ze mnie konserwy, która coś marudzi o "naturalnych" zdolnościach kobiet do pchania wózka i obierania kartofli oraz ekspresowej regeneracji, kiedy tylko dziecko obdarzy nas uśmiechem. Nie pozbawia mnie krytycznego spojrzenia na rzeczywistość. Nie infantylizuje mnie.
I nie powoduje, że macierzyństwo jest tylko opresją. Jest też frajdą i przyjemnością. Doświadczam w nim czułości, delikatności, wzruszenia i dumy.
I kompletnie się tego nie wstydzę. Raczej postrzegam to jako swoją siłę.
Nie chcę, żeby wyznania bliskościowe mogły być tylko konserwatywne.
I tak - chcę swobodnie powiedzieć, że macierzyństwo jest jednym z moich najgłębszych życiowych doświadczeń.
I patriarchat nie zaćmił mi umysłu.

Po latach pracy z matkami wiem też, czego matki małych dzieci (bez względu na poglądy) potrzebują, jak powietrza. Potrzebują wspólnoty i wsparcia.
Potrzebują wyjść z domu (z małym dzieckiem pod pachą i poczuciem, że nie będą "przeszkadzać") do bezpiecznej przestrzeni, w której mogą się, bez stresu i obawy przed oceną oraz etykietką, podzielić się WSZYSTKIM, czego doświadczają w macierzyństwie.
Wszystkim, bo macierzyństwo jest doświadczeniem ambiwalentnym, złożonym i płynnym.
Każda matka doświadcza zarówno szczęścia, jak i frustracji. Ale żadne z tych uczuć nie unieważnia poprzedniego. I męką dla matek jest opowiadanie się tylko po jednej ze stron.
Przestrzeń, w której nie trzeba tego wybierać i opowiadać tylko jednej "oficjalnej" historii, jest głęboko kobiecą potrzebą. I na tym buduje się wielka niezależność.
I tę przestrzeń mógłby stwarzać feminizm.  

Byłam, jestem i będę matką feministką. Feminizm jest częścią mojego patrzenia na świat, więc także macierzyństwa.
Takich jak ja - matek feministek po domach i piaskownicach jest znacznie więcej.
Książka Agnieszki Graff może stać się bardzo ważna dla całej rzeszy kobiet, które chcą zmieniać świat, zależy im na równościowym społeczeństwie, ale potrzebują też czasu i zrozumienia w matkowaniu.
Prócz przyjemności i poczucia wspólnoty przy lekturze tej książki, poczułam też wielką ulgę, że ktoś to tak jasno zobaczył.

A na koniec wklejam Wam kilka linków, które odnoszą się do tego tematu i życzę owocnej lektury :-)
- wywiad z Justyną Dąbrowską "Nic cudownie nie spływa na nas podczas porodu"- na spokojnie - czym jest więź?
- tekst Anki Krawczak "Matka feministka chce całego tortu" - m.in: o tym, dlaczego nie jest możliwe skuteczne działanie na rzecz matek, bez brania pod uwagę ich dzieci.
- felieton Hanny Samson "Na Dzień Dziecka: dzieci stały się problemem" - o tym, jak bardzo potrzebujemy w rodzicielstwie wspólnoty.
- tekst Katarzyny Kazimierowskiej o zderzeniu tożsamości feministki z tożsamością młodej matki "Zamiast Matki Polki - Matka Feministka"
- tekst Elżbiety Korolczuk "Dzień Matki", czyli dlaczego tak trudno włączyć kwestię opieki i rodzicielstwa  do głównych rozważań feministycznych
- recenzję Karola Templewicza "Nie śpię, bo czytam Graff"

Agnieszka Graff, "Matka Feministka", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014
niechęć do potraktowania poważnie wartości wspólnotowych takich jak rodzina jako tematu feministycznego, i  co gorsza także paternalizm wobec kobiet, dla których macierzyństwo jest doświadczeniem kluczowym i które pragną mieć dzieci, ale nie chcą z tego powodu rezygnować z całego życia. - See more at: http://feminoteka.pl/felietony/dzien-matki/#sthash.Tuw4jv8J.dpu

26 komentarzy:

  1. matka feministka to i ja :-) Kasia

    OdpowiedzUsuń
  2. i ja i ja! biegnę do księgarni po książkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziewczyny, bardzo się cieszę, że się Wam podoba :-)
      Matki feministki to my!

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy tekst. Mnie też najbardziej "do czasów Graff" raziło w tym publicznych dyskursach o macierzyństwie i feminizmie, spłaszczenie kwestii ważności tego czasu, który mamy z dziećmi, stawianie na piedestale pracy zawodowej, jako czegoś nieprawdopodobnie ważnego, w zupełnej kontrze, do tego wszystkiego co oprócz tego. Jakby to macierzyństwo to było zawracanie głosy. W końcu jest żłobek, można oddać, niech się inna kobieta zajmie, świat mnie potrzebuje itp. Ważne słowa Asiu, ważny temat. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Graff to przyznaje - feminizm tego nie widzi/nie widział. Ona też. Proponował nam albo unieważnienie doświadczenia macierzyństwa, albo bycie matka-prezeską. Ale to się właśnie zmienia :)

      Usuń
  4. Bardzo fajnie powiedziane. Nie wiem czy widzialas taki odcinek Desperate Housewifes w ktorym Gabriele Solis po odchowaniu 2 coreczek idzie do urzedu pracy i mowi o swoich kwalifikacjach ,czyli 15 latach spedzonych w domu (pewna siebie, bo przeciez przy dziecku czlowiek uczy sie dyplomacji, opanowania, kreatywnosci). Ale pani z posredniaka szybko sprowadza ja na ziemie. Takie jest zycie. Pozdrawiam Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beato, no właśnie, to głęboko niesprawiedliwe!

      Usuń
  5. Bardzo dobry tekst!
    I choć do feminizmu bardzo mi daleko, to długo czekałam na taki głos w dyskursie o macierzynstwie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trzeba się łączyć :-) macierzyństwo bardzo zbliża.

      Usuń
  6. Z tyloma punktami z Twojego tekstu się zgadzam, przytakuję bezwiednie, że nie ma co wymieniać. Całość musiałabym zacytować? ;) Cieszę się, że powiedzonko "kobiety kobietom zgotowały ten los", coraz częściej ma pozytywny wydźwięk. Nie tylko pogrążanie, krytyka, ciągłe ocenianie. Także wsparcie, coraz więcej wsparcia, bycie RAZEM, wspólnota doświadczeń... Świetnie!

    PS A już myślałam, że poczekam na "Matkę feministkę" w bibliotece, ale nie uda się... Stale ograniczam księgozbiór, ale czasami po prostu muszę książkę kupić, rozgiąć, przeczytać i popożyczać tu i ówdzie. "Mundrę" kończę, wiem co następne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TRZEBA się wspierać! bez dwóch zdań :-)
      ja moją "matkę feministkę" mam prawie całą podkreśloną, jak i Mundrę ;-)

      Usuń
  7. nawet nie wiedziałam, że jestem feministką ;) muszę przeczytać tą książkę. Magda

    OdpowiedzUsuń
  8. fajny tekst, w moim guście

    nie lubię definiować się przez pryzmat feminizmu, ale tak czy siak jest mi bliski, coraz bardziej

    OdpowiedzUsuń
  9. Wszystko co się obecnie dzieje wokół tej książki i osoby Pani Agnieszki jest niezwykle ważne i potrzebne.
    Każdy kolejny tekst powstający na tej tzw fali jest budujący i pozwala po prostu odetchnąć...
    Piszę to ja - kobieta, która była managerem na wysokim stołku i pracowała po kilkanaście godzin dziennie.
    Piszę to ja - kobieta, która trzy lata temu urodziła drugą córkę i zwolniła... Nie da się między lunchem, a konferencją, przez telefon lub via skype zbudować więzi. A ja chcę ją zbudować- bez względu na to jak głupie wydaje się to tym, którzy tego nie chcą, nie potrzebują, nie widzą celu, bo ucieka życie, bo kolejna zawodowa super okazja przelatuje przed nosem...
    Urodziłam dwójkę dzieci, nie po to by były, ale by być z nimi. Bo jeśli nie teraz, to kiedy?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziś na zajęciach kobiety opowiadały, jak nieprzyjazne są korporacje dla mlodych matek i potrzeby tworzenia więzi z małym dzieckiem.
      Bardzo to było poruszające.
      Dobrze, że o tym mówicie.

      Usuń
  10. Bardzo, bardzo dziękuję za ten wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję, że Pani tak uparcie i jasno od wielu, wielu lat mówi o więzi i sile macierzyństwa. Kiedy byłam początkującą mama, Pani głos był dla mnie (przez "Dziecko", które namiętnie czytalam) bardzo ważny! I kształtujący :)

      Usuń
  11. Tak, tak, tak. Ale... mam wrażenie, gdy patrzę wokół siebie, że świadomych matek jest bardzo, bardzo niewiele. Tu na wsi, kobiety ciągle są spętane przekonaniami na temat macierzyństwa i roli kobiety. Zresztą przekonania i stereotypy te podtrzymywane są przez kobiety. Przede wszystkim przez kobiety.
    Moja 36-letnia sąsiadka urodziła niedawno 3 dziecko i była to trzecia cesarka! I co? Gdy byłam u niej, dwa tygodnie po porodzie, ona mi się pochwaliła, że zdążyła już umyć okna w całym domu, a dodam, że to olbrzymi trzypiętrowy dom. Skończyło się zakażeniem rany i niewiele brakowało a wylądowałaby w szpitalu. A jest to mądra dziewczyna i taka no "bywała w świecie" I mam wrażenie, że po prostu ona czuje, że takie jest oczekiwanie społeczne wobec niej, ze jest pod presją, bo "przecież siedzi i nic nie robi, bo co to jest opieka nad takim małym dzieckiem, przecież ciągle śpi".
    I trzeba przecież szybko ochrzcić dziecko. Na szczęście zamówiła sobie kucharkę na chrzest, choć teściowa (sic!) na ten pomysł krzywo patrzy....
    I wiele mam takich przykładów z mojego życia w bardzo małej społeczności. I to zawsze kobiety się krzywo na mnie patrzyły. Tyle, że ja to mam gdzieś i robię swoje.
    Ale tę moją sąsiadkę muszę chyba trochę podbuntować!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, to super ważne co piszesz! O tej presji, oczekiwaniach, poczuciu, że wszystko trzeba "samej". I to prawda - my kobiety robimy sobie to nawzajem - zamiast się wspierać, to się surowo oceniamy.
      I to prawda, że w mieście jest łatwiej - jest dostęp do wielu rzeczy, można zobaczyć inne wzorce. Ale to poczucie, że "się musze wyrobić" też tu jest.

      A Ty rób swoje, bo świetnie to robisz :) w wakacje jakieś kółko budzenia świadomości możemy poprowadzić :)

      Usuń
  12. Super podsumowanie Mamo w Centrum.
    Psychologia ma dużo do powiedzenia na temat bezpiecznej więzi, ale jakoś nie zostaje wysłuchana.
    Wychowanie wychowuje również mnie, bo wychowuję całą sobą.

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger