Tajemnica więzi


Ostatnio mocno doświadczam macierzyństwa przez jego brak.
Przez wyjazdy dzieci, ich nieobecność, coraz większą samodzielność.
"Chcę już sam wracać ze szkoły", "mamo, spokojnie, poradzę sobie", "chcę iść sama do sklepu, na plac zabaw, do koleżanki", "idę nocować do Weroniki", "zrobiłam sobie kanapkę", "chcę z wami posiedzieć wieczorem", "nie zgadzam się z tobą, mamo."
Patrzę się na moje dzieci i widzę ich niepowtarzalność i niepodległość.
Ich sądy, emocje, zachowania stają się coraz bardziej "ich". Wykluwają się z dziecięcych skorupek.
Zosia, jak kiedyś Antek, wyrywa mi aparat z ręki i na mnie kieruje obiektyw. Lubię oglądać zdjęcia przez nią zrobione - z jej perspektywy i wrażliwości. Odwraca się kierunek. Nie tylko ja jestem sprawczynią naszej codzienności, oni także ją aktywnie stwarzają.

Teraz są przez kilka dni u babci i pewnie jak je zobaczę po powrocie, to nie będę się mogła nadziwić, że takie "dorosłe" są - mądre, ładne i...wyższe.
Ale nie, nie powiem Wam, że tęsknię jak oszalała i nie wiem, co ze sobą zrobić. Nie, tak nie jest. Cały czas jestem tą samą dziewczyną, która się ze sobą nie nudzi. Macierzyństwo jest częścią mnie, ale nie jedyną. Doceniam cichy, pusty dom, brak obowiązków, możliwość włóczenia się po mieście do późna...

Ale jednak...tęsknię, choć ta tęsknota jest gdzieś głębiej. I mocniej.

Zastanawiam się nad fenomenem więzi. Ile w niej biologii, a ile kultury. Na ile mój samiczy atawizm każe mi je kochać, a na ile jest to działanie świadome?
Kiedy urodziłam moje dzieci, nic na mnie cudownie nie spłynęło, nie płakałam ze wzruszenia, nie całowałam w uniesieniu małych stópek. Po prostu - przystawiłam do piersi i z ciekawością przyglądałam się nowemu człowiekowi.
Ani to miłość była, ani jej brak.
Czas "pomiędzy". Gotowość do pokochania. Punkt startowy. Początki przywiązania. Potrzeba opiekowania się.
Justyna Dąbrowską w bardzo mądrym wywiadzie tak to objaśnia:
"Mówi się, że „instynkt” wybucha wraz z narodzinami dziecka. Według mnie nic tam nie wybucha, tylko zapoczątkowuje się proces, który potem rozwija się latami. Zaczyna się budować więź."
Tak!
Bo jeżeli coś na mnie spłynęło po porodzie, to spokojne przekonanie, że oto jest - moje dziecko, właśnie ono, właśnie takie. A ja jestem gotowa budować z nim relację.
Zacząć tę podróż. Bardzo długą podróż.

Teraz, po latach wspólnego podróżowania, tę więź mam dobrze zbudowaną, miłość i przywiązanie zapisane w ciele i w doświadczeniu, serce otworzone na oścież. Ale złożył się na to każdy dzień naszego bycia razem. Każde zdarzenie, każde przytulenie. Każde odpowiedzenie na potrzebę. Każde odwzajemnione spojrzenie.
Może to jest tajemnica więzi? Wytrwałość i codzienność? Bez fajerwerków i nadmiernych uniesień?
Za to z cieszeniem się każdą wspólną chwilą...Bo one mijają tak szybko...

Jak zwykle jestem ogromnie ciekawa, jak to jest u Was?

A przed wyjazdem do babci zrobiłyśmy sobie z Zosią żoliborską wyprawę na plac zabaw przy Placu Wilsona. To był jeden z pierwszych nowoczesnych placów zabaw w Warszawie. Kolorowy, zielony, wyłożony tartanem, ze śliczną kawiarnią Kalimbą obok.
Mam sentyment do tego miejsca. Jest częścią mojej macierzyńskiej historii i naszego tworzenia się więzi. Chodziłam tam z małym Antosiem i grupą moich matek-koleżanek.
Wielki pająk do wspinania był marzeniem Antka. Nie miał jeszcze odpowiednio długich nóżek i rączek (syn, nie pająk ;-), a już próbował go zdobyć. Zosia zawsze wolała zamki i piaskownice.
Na pewno warto to miejsce odwiedzić, bo cały stary Żoliborz jest niezwykle urokliwy.
Teraz kawiarni w okolicy jest więcej, niż kiedyś, my tym razem odwiedziłyśmy Secret Life Cafe.

Zdałam sobie też sprawę, że na całe miasto mam nałożoną swoją osobistą mapę i często związana jest ona z moimi dziećmi - tu byliśmy pierwszy raz, tam wydarzyło się to zabawne zdarzenia, ten zakątek zwiedziliśmy już w czwórkę. Nie mogę się też powstrzymać i przejeżdżając Żelazną nie wspomnieć, że tu, w tym budynku, na trzecim piętrze, przyszli na świat. Czasem słyszę tylko: "oj mamoooo, przecież wiemy" ;-)
Place zabaw, parki, ulice, kawiarnie, teatry, kina, sklepy - moja macierzyńska mapa...
Miasto matki.







Zdjęcia autorstwa Zosi













A tu już aparat wrócił w moje ręce.














7 komentarzy:

  1. Ja się już boję jak to będzie, gdy moja 17-latka skończy liceum i wyjedzie na studia. Bo jak śpi u koleżanki, to w domu tak pusto i cicho. Dlatego muszę łapać chwile razem i cieszyć się nimi:-)
    Sukienka Zosi mi wpadła w oko i kolory:-) Pozdrawiam:-) Wiesia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesiu, ja już drżę, jak już o tym pomyślę. I wracam pamięcią z jaką lekkością ja się wyprowadzalam i co musiała czuć moja mama... Ale dała rade :)
      Sukienka Zosi to Maxomorra, to skandynawska firma właśnie z bajecznymi wzorami i kolorami.

      Usuń
  2. Na nowo uczę się relacji z moimi dziećmi. Właściwie to oni (10 i 14 lat) uczą mnie kim dzisiaj każde z nich jest, w tym wieku zmiany są oszałamiające. Wszystkie dotychczasowe ścieżki biorą w łeb, codziennie muszę być świeża w swoim macierzyństwie.
    Twoja Mała z aparatem mnie zachwyca:), jakież Ty masz oko do kolorów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, dokładnie tak, też tak to czuję - jak dorastają, to trzeba zmieniać się wraz z nimi. I trochę odczepić się od tego, co było, od swojego macierzyństwa "z wczoraj". A nie zawsze jest to łatwe.
      Za "oko do kolorów" - dziękuję :-)

      Usuń
  3. Nie wiem, czy do końca w temacie, ale przypomniał się jeden z tekstów blogowych, takich z 2010... Mogę zalinkować? :) http://www.otymze.pl/2010/11/o-tym-ze-wciaz-jestem-jakby-w-zaobie.html
    Minęło sporo czasu. Nie zmieniłam zdania, nie zmieniłabym tamtego wpisu, nie usunęłabym go. I nadal czytam R. Cusk :) I ten bardzo mądry wywiad też czytałam. Taka lektura to dla mnie zawsze jak wyjście z dusznego domu na wietrzny balkon. Od razu łatwiej zaczerpnąć powietrza :) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olgo, doskonale znam Cusk :) na moich zajęciach z matkami pracujemy nad tym wywiadem. Do niezwykłych wniosków dochodzimy. Akceptacja, że coś odeszło, opłakanie straty, jak zawsze, paradoksalnie, pomaga bardziej się cieszyć, tym, co teraz, tutaj macierzyństwem.
      Ja i umarłam i się narodziłam. A jednocześnie zostałam sobą.
      Niezwykła mieszanka.

      Usuń
  4. Też myślę, że więź budują wszystkie te wspólne dni, duże i małe sprawy, najdrobniejsze gesty...
    Przy czym mam poczucie, że im więcej poświęcam się swoim Dzieciom, tym bardziej Je kocham - tak jakby miłość rosła od inwestowania w nią.
    Co do instynktu - w ciążach miałam absolutnego fioła pt. wicie gniazda. Czułam, że szaleję, ale nie miałam na to żadnego wpływu - to było silniejsze ode mnie (jak skurcze parte, których po prostu nie można powstrzymać ;) Po porodzie (naturalnym) czułam euforię i obezwładniającą czułość wobec Dziecka. Kilka lat wcześniej, po cesarskim cięciu, nie odczuwałam żadnych takich uniesień - kochałam Maleństwo od pierwszych chwil ale szczerą wolą serca, bez większych emocji. Z tego by wynikało, że chemia ma ogromne znaczenie i jednak może spadać na kobietę różnymi stanami, które da się niekiedy nazywać instynktem macierzyńskim...
    F.

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger