Tego nie robi się...


Umarł mi Ktoś.
Za szybko, nie teraz i w ogóle nie tak.
Bez sensu zupełnie.
Wstaję rano, a ten Ktoś nadal nie żyje.
Nic się nie zmieniło.
Nic się nie zmieni.
Tego nie robi się kotu, a co dopiero bliskim...*

Teraz Przyjaciel.

Dwa lata temu Mama.

Wysyłam suche wiadomości - tak, nie żyje, pogrzeb w środę, będę informować, tak, my też nie możemy się pozbierać, tak, zapraszamy, tak, na tamtym cmentarzu...
Do urzędu pójść, akt dostarczyć, ubranie naszykować, trumnę wybrać, kotlety na stypę zatwierdzić.
A potem płakać...

Spotkanie ze śmiercią.
Z pustką.
Z tęsknotą tak obezwładniającą, że się oddychać nie da.
Z żalem, wściekłością, przygnębieniem.
Z odruchem, żeby zadzwonić i opowiedzieć, jak minął dzień. Albo zapytać się o radę. Albo pochwalić dziećmi. Albo umówić na spotkanie. Albo poplotkować.
I z tym, że serce na chwile staje, no bo przecież... nie...

Szukam ukojenia. Rozmawiam. Płaczę. Wspominam. Idę na terapię.
Zaraz potem nie zgadzam się, buntuję się i krzyczę.
To nie tak ma wyglądać! Nie tak!
Nic mnie nie pociesza, żadne piękne słowa o Świetle, Ukojeniu, Miłości.
Ja chcę żeby była TU!
Chcę mojej Mamy...
Dziecko we mnie szlocha przez wiele miesięcy.

No ale żyję.
Wstaję codziennie i żyję.
Zapominam momentami. Czasem śmieję się do bólu brzucha. Zachwycam się. Gotuję zupę, kwiaty w wazonie ustawiam, kocham zachłannie. Chichram się z dupereli, podskakuję na jednej nodze.
Więc może to prawda? Że jest w tym sens? Że te zdania o docenianiu życia to nie puste banały? 
Że jeżeli życie to taniec pomiędzy śmiercią a śmiercią, to warto tańczyć?
Tak jak się chce.
W każdej minucie. Bo nie wiadomo, ile nam dane...

Renata Arendt-Dziurdzikowska pisze o śmierci od lat. Od lat powtarza, że nie ma nic bardziej ożywczego niż śmierć. Dostałam od niej książkę i bałam się zajrzeć. Teraz siadłam i przeczytałam.
"Wszyscy boimy się śmierci, bo to lęk pierwotny. Tym bardziej potrzebujemy się z nim mierzyć i oswajać go. (...) Patrzenie w śmierć jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Unikanie tematu- rozpaczliwym usiłowaniem nieangażowania się w życie. (...) Patrzenie w śmierć zwraca ku życiu. Nie tylko nie pozbawia energii, ale rozwiewa smutek, pomaga tworzyć życie pełne harmonii i spokoju, zaangażowania, więzi z ludźmi, znaczenia i samorealizacji, wyzwala miłość do życia, jakiej wcześniej nie znaliśmy."

A następnego dnia wyszedł listopadowy numer Zwierciadła, a w nim wywiad Renaty z Ewą Foley - kobiecą przewodniczką i matką, która straciła syna.
Bolesne, przejmujące i piękne słowa. Niezwykła rozmowa.
"Ten czas, który mam do naszego spotkania w Świetle, wypełnię taką aktywnością, aby mój syn był ze mnie dumny. (...) My, którzy zostajemy tutaj, mamy zobowiązanie wobec tych, co odeszli, żeby odbyć żałobę, a potem żyć swoim pełnym życiem. Ja tego wyboru dokonuję codziennie. Mam takie dni, że ciężko mi wstać z łóżka, ale biorę głęboki oddech i mówię sobie: "Z miłości i szacunku do mojego dziecka to będzie najlepszy dzień reszty mojego życia".

Ale zanim pojawi się ta nadzieja i siła, potrzebny jest czas.
I sieć.
Ludzie, którzy są blisko.
Ewa Foley: "Mnie moja sieć złapała i uniosła. (...) Miałam wokół siebie strażników, którzy przypominali mi, że trzeba wstać z łóżka, coś zjeść, umyć się."
I ja przypominam sobie, jak dwa lata temu znalazłam się w sieci.
Wpadałam w wiele ramion, które utuliły, dały oparcie. Nie bały się słuchać. Nie odsunęły się zniecierpliwione. Rodzina, przyjaciele, znajomi...
Sieć jest ważna. Sieć nie pozwala spaść. W sieci rodzi się miłość i ponowna chęć do życia.
Teraz jestem oczkiem w sieci dla kogoś innego.
Rozpościeram ramiona, chusteczki podaję, podwożę, gdzie trzeba. Myślę, wysyłam energię, kocham.
Utrzymuję czułą świadomość przy wszystkich, którzy teraz są w stracie.

Nadal tęsknię. Za Mamą, Przyjacielem, Babciami, Dziadkami...
Nadal cierpnę na myśl, że wszystkich nas to czeka. Że jeszcze wiele razy będę towarzyszyć w śmierci. I sama też odejdę...

Ale jeżeli tak jest, to tylko żyć mi pozostaje.
Albo się przestraszyć.
Więc życie wybieram.
Najlepiej, jak umiem. Najmocniej, jak potrafię.
Z łzami do wypłakania.
Ze szczęściem do przeżycia.
Ze śmierciami do przejścia...

Do poczytania:
*Wisława Szymborska, "Kot w pustym mieszkaniu", z tomu: "Koniec i początek". Także inne wiersze Szymborskiej: "Pogrzeb", "Przyczynek do statystyki".
Renata Arendt - Dziurdzikowska, "Możesz odejść, bo cię kocham. O śmierci, pożegnaniach i nowym życiu.", wydawnictwo Zwierciadło.
Wywiad Renaty Arendt - Dziurdzikowskiej z Ewą Foley, "Obiecałam Maćkowi", Zwierciadło, listopad 2014, str. 36-39.
Zorkownia - blog o sieci.

41 komentarzy:

  1. Asiu, nie wiem co napisać, bo co znaczą słowa w tej przestrzeni zwłaszcza - ale ściskam Cię mocno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Asiu jestem oczkiem w Twojej sieci - jeśli potrzebujesz- oprzyj się .

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem u Ciebie pierwszy raz i aż mnie zatkało spodziewałam sie postów o dzieciach, mamach a tu taki ciezki temat i bardzo przykry ale masz racje że go zaczęłaś nie można obok śmierci przejść obojętnie czasami mi sie wydaje jak by ludzie go wypierali ze świadomości a przecież rodzimy się aby umrzeć. Ja sama kiedyś spojrzałam śmierci w oczy i od tamtej pory coś się zmieniło żyję bardziej spontanicznie ciesze się chwilą, słucham rano ptasiej symfonii i zmieniam przestrzeń wokół siebie i myślę że też dzięki temu znalazłam się w sieci dzięki ocknięciu się i wycofaniu z życiowego wyścigu powstał mój blog. Piękny wpis Pozdrawiam http://mylookbeauty.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ci za Twój głos. Masz całkowitą rację.

      Usuń
  4. Za mną straty "dalekie", ale ważne, bo dotknęły bliskich...
    Przede mną straty "bliskie"... mam nadzieję, że w pore przypomnę sobie Twoje słowa powyższe...
    Ściskam serdecznie,
    Aguszak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aguś, jakby co, to jestem. W dobrych i trudnych chwilach.

      Usuń
    2. Joaś, nieustająco wzruszasz mnie... dziękuję!
      Ty też masz mnie, choć nieobecną na co dzień, ale na wyciągnięcie ręki, naprawdę...
      Aguszak

      Usuń
  5. Przytulam. Październik i u mnie jest miesiącem Braku.
    http://malokulturalna.pl/kiedy-mama-umiera-na-raka/
    mama, tato, przyjaciele... pisałam już, że Cię przytulam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, nawet nie wiesz, jak bardzo Ci dziękuję! Za ten link i Twoje przytulenie.

      Usuń
  6. Wyrazy współczucia, ale i słowa otuchy zostawiam. Na śmierć nie ma wytłumaczenia i zgody, ale jest wiara w to, że wszyscy pozostajemy w pamięci u Boga.
    Wpis wzruszający i pouczający. Ja wiem, że kiedy straciłam Babcię - bardzo dla mnie ważną osobę, nie było komu złapać mnie w taką sieć, nie przeżyłam tej śmierci jak trzeba. Dziś zastanowiłam się nad swoim podejściem do śmierci dzięki Twojemu wpisowi. Dziękuję. I pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Przytulam Cię, Joasiu :*** jestem tu często, czytam...

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo poruszające. Pewnie każdy z nas to przeszedł, i zapewne nie raz przejdzie. Tak jak piszesz, nie dajemy przyzwolenia, nie potrafimy się godzić... Pozostaje nam być oparciem i wierzyć, że gdzieś, kiedyś spotkamy się raz jeszcze. Pozdrawiam i ściskam, bądź silna.
    Żaneta

    OdpowiedzUsuń
  9. Śmierć zabrała ostatnio również i moich znajomych, za dużo, za młodych...
    Myślę i modlę się.. boję się o swoich bliskich..
    Przytulam Cię Joasiu:* Wiesia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesiu i ja śle uściski ciepłe! Też się boje...

      Usuń
  10. Najpierw Mama (zbyt młodo zbyt szybko bo co to jest 51 lat). Dałam sobie czas na smutek i łzy, kiedy zaczęłam budować na nowo porządek świata (co to jest 2 lata) umiera mój ojciec (zbyt szybko bo co to jest 53 lata). Zostałam sama...
    Żałoba to ważny czas i daj go sobie tyle ile potrzebujesz.
    Marta (tiffi)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tiffi, strasznie mi przykro, strasznie. Moja Mama miała 57 lat, też za wcześnie. Przytulam Cie mocno!

      Usuń
    2. Jak się kogoś bardzo kocha to zawsze jet a wcześnie na jego odejście. Żal mi tak wielu rzeczy, że nie zdążyła poznać moich dzieci, że nie mogłam jej kupić pięknych wakacji, że nie zabrałam jej do teatru, że nie zjadłyśmy cynamonowych lodów....
      Zbyt młodo, zbyt szybko to słowa które pozostają w nas, tylko jak przeżyć Wigilię....
      Daj sobie czas na smutek, łzy, czy na inny rodzaj przeżywania tego co się dzieje

      Usuń
  11. Bardzo mi przykro, Asiu...
    Mam ten wpis otwarty od kilku godzin, bo zwyczajnie nie wiem, co powiedzieć. Łatwiej pomilczeć. Bardzo ciepło Cię pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Straciłam ukochanego Tatę dokładnie 2 lata temu, zginął w wypadku samochodowym...tego dnia umarła cześc mnie i nic już nie jest takie same...tego dnia runął mój świat...ale tylko mój..reszta dalej pędziła i pedzi, autobusy jeżdżą, ludzie pracuja, jedzą, piją, płaczą, smieją się i śpią...i bardzo dobrze...bo tylko dlatego dalej funkcjonuje, ktos bardzo dobrze to wymyślił...cały czas się zastanawiam co by było gdyby tego dnia cały świat zatrzymał się razem ze mną ....pewnie przestałabym żyć....bo bym nie musiała...Przesyłam miliony uścisków ramion na których ciazy to samo doświadczenie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż mi serce stanęło...kochana i ja przytulam z nadzieją, że Ci nasi Rodzice gdzieś nad nami...

      Usuń
  13. Cokolwiek bym napisała, moje słowa nic znaczyć nie będą - bo co można napisać komuś, kto stracił bliskiego kogoś?
    Przytuliłabym Cię tylko...♥

    OdpowiedzUsuń
  14. Pięknie radzisz sobie z tematem... Tak trudnym, zwłaszcza na świeżo... Dziękuję że się tym z nami podzieliłaś. I również chciałbym dodać Ci sił, choć tylko wirtualnie, choć się nie znamy...
    Joanna B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joanno, chętnie się przytulę, choćby tylko wirtualnie.

      Usuń
  15. Asiu, bardzo Ci wspolczuje. Tylko tyle moge.
    Rok temu bylam we Wroclawiu, u chorej, bardzo chorej przyjaciolki, smiala sie, zartowala. Jeszcze. Pozegnalam sie z nia. Wycalowalam jej dlonie. Bardzo mi ciezko, gdy to wspominam., W grudniu M. umarla. Do konca byla swiadoma. Jak, jak to uniesc, ze ten ktos wie, cierpi, musi sie pozegnac. Jeszcze nie pogodzilam sie z jej smiercia. Jeszcze nie. Dziekuje Ci za ten wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, przytulam mocno. Ja jeszcze do końca nie wierzę, że mój Przyjaciel nie żyje...

      Usuń
  16. (często sobie anonimowo)
    wpadam... czytam... chłonę... dziekuję...

    moje serce za ukochaną Maminką placze już siódmy rok... coraz mocniej, coraz krwawiej...
    brak mi JEJ... tak po prostu... brak...
    czas nie goi ran...

    Joasiu... bardzo współczuję... bardzo... i też mocno tulę...

    OdpowiedzUsuń
  17. pięknie piszesz, żałuję, ze dopiero po tropie od sentimenti do ciebie dotarłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jolik, cieszę się, że jesteś, dziękuję za miłe słowa!

      Usuń
  18. I ja się dołączę... Piękny wpis, bardzo podniósł mnie na duchu.
    Ja swoją mamę straciłam w zeszłym roku, już za kilka dni pierwsza rocznica śmierci. Mama miała tylko 59 lat, tak krótko cieszyła się moim synem (Staś miał 3,5 miesiąca gdy zmarła). Strasznie tęsknię a jak przychodzą gorsze dni, gorszy czas (jak ten teraz) to ojej... oddałabym wszystko, żeby była.
    Z drugiej jednak strony wierzę, że się kiedyś spotkamy i ta wiara nadaje sens życiu i czasem przynosi wręcz radość. Ale wiadomo jak to jest: raz lepiej a raz gorzej.
    Najgorzej jest chyba myśleć co by było gdyby żyła. To najbardziej boli. Bo to przecież niczego nie zmieni a tylko człowiek zadaje sobie więcej bólu.
    Raz jeszcze bardzo Ci dziękuję za ten wpis i za bardzo pozytywnego blog. Będę zaglądać w miarę swoich możliwości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Susanno, wiem o czy piszesz, czuję podobnie. Ściskam i zapraszam.

      Usuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger