Mamy czas


Chciałabym mieć czasem specjalną maszynę. Taką do przenoszenia się w czasie.
Wchodziłabym do niej i cofała się do chwil, kiedy urodziłam moje dzieci.

I znów brałabym je PIERWSZY raz na ręce.
Po raz pierwszy karmiła. A potem drugi, dziesiąty i milionowy.
Raz jeszcze nosiła wiele godzin przyklejone do mnie.
Ponownie nie spała całą noc, bo one zasnęły na moim brzuchu.
Znów bym co wieczór usypiała piersią, kołysanką i trzymaniem w ramionach.
I czuła ciężar główki na moim zgiętym łokciu.
Motałabym chustę i oddychała w jednym rytmie z małym ciałkiem.
A potem wyjmowała taką przykurczoną krewetkę i patrzyła, jak się rozkosznie przeciąga, ziewa, otwiera oczka. Jak piąstki szukają oparcia.
Przytulałabym znów i chłonęła aksamit noworodka.

I nic bym w tej przeszłości nie zmieniła. Żadnego zmęczenia bym nie wykasowała, żadnej emocji nie wygładziła. 
Może tylko jeszcze bardziej roztopiłabym się w tej obezwładniającej bliskości.
Bo te początki to była czysta MAGIA.

Nie da się jednak wrócić. Można tylko pamiętać.
Robiąc porządki znalazłam stary numer "Dziecka". A w nim moje opowiadanie napisane niecały rok po narodzinach Antka.
I mocno się ono splotło z moją tęsknotą za czasami początków.
Chcę się z Wami tą opowieścią podzielić. (Oraz światłem i niebem na zdjęciach :-)
Teraz, właśnie teraz. Bo czas początku zaczyna mi się zacierać. Wchodzę w nowy etap matkowania. Z tamtym się żegnam. Ale chcę pamiętać.

A jak Wy pamiętacie?
Napiszcie.

MAMY CZAS
(tekst nagrodzony w konkursie "Kawałek życia" i opublikowany w "Dziecku" w kwietniu 2006 r.)

Opowieść tę dedukuję fantastycznym kobietom z wątku „Grudzień 2004” na forum „edziecko”.
Ich wsparcie, zrozumienie, szczerość i poczucie humoru budują mnie co dnia i są ważną częścią mojego macierzyństwa.


Odkąd urodziłam dziecko na nowo uczę się świata.
Dokładnie pamiętam miękkie światło i zapach styczniowej ulicy, kiedy wyszłam z małym zawiniątkiem ze szpitala. Jazda samochodem do domu, była jak podróż między światami. Jechałam oszołomiona i cicho sobie mówiłam „wróciłam”.
Ale tamtej rzeczywistości – przed synkiem, już nie było. Wygodne życie we dwoje - ułożone, harmonijne, zabawne zostało wywrócone do góry nogami.
Wywrócone, by potem ułożyć się w zaskakująco prostą układankę. No, ale tego jeszcze wtedy nie wiedziałam. (...)

Czas łez
Po 42 tygodniach niecierpliwego czekania wyjęli z mojego brzucha małego chłopczyka. Mignęły tylko zielone nóżki, a ja, unieruchomiona na stole operacyjnym, krzyknęłam do M. „leć za nim”. Mogłam lekko odwrócić głowę i wtedy widziałam zapłakanego męża, pochylonego nad stolikiem pediatrycznym lekarza i słyszałam drące się wniebogłosy moje dziecko.
Ten płacz był już nieodłącznym elementem naszego najbliższego życia.
Synek płakał, szlochał, zawodził, ryczał godzinami.
A ja wraz z nim.
Emocje szalały – radość, fascynacja, przerażenie, smutek splatały się ze sobą.

Czas zmęczenia
Na początku jednak najbardziej dojmujące było wszechogarniające zmęczenie.
Przez pierwszych sześć tygodni marzyłam tylko o kilku godzinach snu.
Snu nieprzerwanego karmieniem małego głodomora, tuleniem go, usypianiem, przewijaniem...
Snu nieprzerwanego myśleniem o synku, czuciem go, doświadczaniem jego totalnej obecności...
Sześć trudnych tygodni połogu – samotnych, przystosowawczych, falujących buntem i przerażeniem. Zdanie jakie miałam cały czas w głowie to: „o matko, co ja najlepszego narobiłam!”.
Trzy tygodnie po porodzie spotkałam się z przyjaciółkami i wtedy jasno sobie uświadomiłam, że to DOPIERO trzy tygodnie, a nie, jak mi się zdawało – trzy wieki. Byłam przerażona – przecież ja nie wytrzymam ani dnia więcej. Padnę ze zmęczenia.
Patrzyliśmy się na siebie z mężem z bezradnością i rozpaczą – to już tak będzie zawsze? Ten mały człowieczek nigdy już nie da nam spokoju? I już zawsze będzie taki bezwzględny w domaganiu się opieki?

Czas zachwytu
A potem znów czule braliśmy płaczącego synka w ramiona, on się uspokajał i wszystkie obawy oraz lęki przestawały się liczyć.
Ciiiii, syneczku, śpij maleńki, wszystko jest dobrze, mama tu jest...
Sześć niezwykłych tygodni połogu - pełnych najczulszej miłości i zachwytu nad małym chłopczykiem, który zjawił się w naszym życiu. Sześć tygodni pełnych miękkości, dumy i radości. Chciałam otwierać okno i oznajmiać światu: „Antoś się po raz pierwszy uśmiechnął”, „Antoś rośnie, jak na drożdżach”, „Antoś jest cudowny!!!”.
I nie bardzo miałam to komu obwieścić.
Rodzice i teściowa daleko - choć starali się, jak mogli, żeby mi pomóc.
Koleżanki wpadały na chwilkę pozachwycać się małym, inne z miną „o boże, ona znów o kupie i zupie”, szybko wychodziły. Świat nie był zainteresowany osiągnięciami miesięcznego oseska i jego mamy.

Czas samotności
Wiele osób szybko kończyło rozmowy ze mną. Jakby oddzielała nas niewidzialna bariera.
Chciałam krzyczeć: „halo, ja tu jestem, nie przestałam istnieć, potrzebuję was.”
Właśnie teraz, najmocniej - kiedy wszystko się zmienia, kiedy nie bardzo wiem, co się dzieje, kiedy jestem na 24-godzinnych usługach małego ssaka.
Nie potrzebuję konwencjonalnych wizyt, krótkiego "gratuluję", ale bycia ze mną - szczerej rozmowy, czasem kojącego milczenia, czasem wysłuchania moich żalów, wspólnego spaceru, zrobienia mi zakupów.
Oboje z mężem – umęczeni, zaskoczeni - poczuliśmy, jak ważna jest czyjaś bliska, ciepła obecność. Potrzebowaliśmy zaufanych osób, którym mogliśmy, choć na chwilę, oddać do tulenia naszego wyjącego synka. W czasach atomowych rodzin, samodzielności, niezależności, my chcieliśmy wielopokoleniowego gniazda, gdzie doświadczenie starszych pomaga uczyć się nowego. (...)

Czas miłości
Mały chłopczyk rósł pod naszą czułą opieką. Coraz szerzej otwierał oczka, coraz częściej się uśmiechał, coraz radośniej witał każdy dzień.  Świetlisty, radosny, aktywny, piękny. Zastygaliśmy w zachwycie i zdziwieniu, że to NASZE dziecko.
I mimo zmęczenia, nic nie sprawiało mi takiej przyjemności, jak bycie z nim, kochanie go, obserwowanie, jak się rozwija, rośnie, poznaje świat. Serce - całkowicie otwarte, chłonęło zachłannie nową miłość.
No i uczyliśmy się siebie i świata z coraz większą łatwością.
Pierwszy uśmiech, uniesienie główki, przespana noc, promienie słońca na twarzy, przyjemność z przytulania, głaskania – to nauki synka. Pierwsze samotne, cudowne wyjście, prośby o pomoc, dbanie najpierw o siebie i małego, potem o wszystkich innych, radość z zabawy, niczym niezmącona duma z siebie – to moje nauki.
Coraz bardziej podobało mi się bycie mamą. Coraz lepiej i pewniej czułam się w tej roli.
Nie podejrzewałam się o takie pokłady cierpliwości, konsekwencji, twórczości, zdrowego rozsądku, intuicji.

Czas radości
Powoli zaczęłam wychodzić z domu, spotykać się z innym mamami.
Z rozrzewnieniem wspominam pierwszą podróż autobusem na odległy koniec miasta. Stałam nad wózkiem, jak kwoka, i najchętniej wysadziłabym wszystkich ludzi, żeby mi broń boże, nie oparli się o wózek, nie chuchnęli zarazkami na małego. Coraz śmielej wprowadzałam synka w świat – spacery po lesie, wypady do kina dla mam i maluchów, odwiedziny, spotkania – to pozwalało zachować równowagę.
I wszystko powoli się układało, stawało się z każdym dniem prostsze.
Podróż toczy się dalej - swoim odwiecznym, choć niepowtarzalnym rytmem. Coraz więcej łagodnych ścieżek, a mniej męczących podejść pod górę. Każdy dzień, niby taki sam, przynosi coś nowego, fascynującego, czasem trudnego.
Tak, jak wtedy - na początku. Tylko nam już łatwiej sobie z tym radzić.
Ale jedno pozostało niezmienne – nadal zastygamy w zachwycie nad naszym śpiącym synkiem i patrzymy się na siebie, już bez niedowierzania, tylko z radością: „TAK, TO NASZE DZIECKO”.












22 komentarze:

  1. Matko... płaczę teraz.... dziękuję:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Małgosiu, przechodzę w nowy etap matkowania. I żegnam się z tamtym. Wszystko płynie...

      Usuń
  3. Aaa! za dużo przegapiłam. Zazdroszczę ci. Kasia O.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pani Asiu, na palcach jednej ręki policzę blogi, które czytam od deski do deski - każdy wpis w ciemno. Pani blog jest jednym z nich.
    Piękny tekst i mimo że mój synek ma raptem 14 miesięcy, to sama czesto myslę, że chciałabym móc wrócić do tych chwil, gdy leżał bezbronnie w ramionach. Teraz to już taki niezależny byt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Aniu, dziękuję!
      To straszny banał, ale dzieci rosną tak szybko i nic się nie powtórzy. Trzeba doceniać każda chwile. Przeżywać i smakować. Niczego nie żałować.

      Usuń
  5. Asiu kolejny wpis na Twoim blogu i moje kolejne wzruszenie.
    Ileż to już chwili uleciało z pamięci, a przecież to ledwie 4 lata minęły.
    Czytając Twoje opowiadanie wiele uczuć, jakie towarzyszyły mi na początku matkowania, powróciło.
    Muszę Ci powiedzieć, że dla mnie wspaniałą terapią były spotkania w naszej piaskownicy. Wyszłam z moim półrocznym wtedy J. do ludzi i zobaczyłam,że inni mają podobnie - podobne wątpliwości, małe i duże lęki, brak zaplecza w postaci dziadków, babć gotowych nieść pomoc w każdej chwili.
    Myślę, że na tamten moment spotkanie z ludźmi, którzy mnie rozumieli,było kluczowe dla mojego zdrowia psychicznego :) No i miałam z kim pogadać o tych kupkach, ząbkach i nieprzespanych nocach.
    Kurczę właśnie zdałam sobie sprawę jakiego ja mam farta :))
    Pozdrawiam Kochana i dzięki za to, że jesteś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja w tej piaskownicy byłam :)))) ja Ci też dziękuję za Twoją obecnoś!

      Usuń
  6. Piękne obrazy i słowa. Ja nie miałam jeszcze okazji tego poznać. Może kiedyś się uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jagodo, mój własny noworodek w moich własnych ramionach to jedno z bardziej niesamowitych przeżyć w moim życiu :)

      Usuń
  7. Asiu, powinnaś pisać książki dla mam. Tak po prostu napisane słowami z duszy, które sa najprawdziwsze z prawdziwych. Bo przecież macierzyństwo to nie różowe, uśmiechnięte bobaski i radosne matki na ławce w parku. To nie kolorowe pieluszki, ułożone w równe stertki na półkach w ślicznych, wysprzatanych pokoikach. Zbyt często takie stereotypy powodują, ze wiele młodych matek nie radzi sobie z najprostszymi sprawami. A dziecko to kompletna rewolucja w życiu trzeba mieć tego świadomość.. Nic już nie jest takie jak przed.....
    Jak zwykle jestem oczarowana Twoim słowem, trafnością spostrzeżeń.

    Ściskam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 100% prawda !!! Zgadzam się z Renią .. piękne słowa .. takie prawdziwe ..To pewnie dla tych chwil wciąż chcemy mieć dzieci , choć już wygodnie też z takimi starszakami :)) Ja opowiadam wszystkim , że macierzyństwo to nie bajka .. początki są takie trudne , choć wspominam je z największą czułością !!!

      Pozdrawiam cieplutko , rozczulona :)

      Usuń
    2. Jest w tym początku wszystko - i zachwyt i totalna bezradność. I to jest najlepsze!

      Usuń
  8. Pięknie napisałaś, jak zwykle.
    Tak, powinnaś pisać książki dla mam.

    Mój początek miał miejsce wiele lat przed tym nim się poznałyśmy z moją córką.
    Czekałam na nią, na NIE, na DZIECKO, czekaliśmy i czekaliśmy i czekaliśmy...
    I nagle zadzwonił telefon, że oto jest.
    Kiedy się poznałyśmy miała 3,5 miesiąca.
    Najpierw było niedowierzanie i zachwyt nad tą istotą, tak doskonałą,tak nierealną. Że oto jest. A potem wszystko to czego wszystkie mamy doświadczają poznając swoje dziecko. Urodzone czy odnalezione.

    OdpowiedzUsuń
  9. Myśle sobie że te początki i te nieba mają ze sobą dużo wspólnego. Zachwyt, niepewność, wzruszenie i ochota by sięgnąć chmur.
    Nasze początki były bardzo bardzo podobne.
    Też tak mam, że się żegnam.....
    Dobrego żegnania-mądrego i dającego siłę - nam życzę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. oj aż się popłakałam, wzruszenie... pieknie napisane... tym bardziej, że dziś dostałam od mojego nastoletniego syna prezent na urodziny i życzenia, o jakich nawet bym dla siebie nie pomyślała...
    dzięki!
    dorka

    OdpowiedzUsuń
  11. Tez wspominam czas, jak chłopcy byli malutcy z utęsknieniem :) dzień narodzin chłopców to dla mnie dwa najpiękniejsze dni życia :) moment, jak położyli mi pierwszego synka na piersi zaraz po urodzeniu (drugiego urodziłam w narkozie całkowitej, wiec dopiero po obudzeniu upomniałam się o dziecko ;)), zasypianie na piersi, tulenie, karmienie, spacery do parku, oliwkowanie małych ciałek, śpiewanie do snu, czytanie, potem robienie kisielku na podwieczorek ;) wszystko to i wiele innych cudownych momentów chce pamiętać :)
    teraz są już nastolatkami, to inny czas, ale tez momentami bardzo wzruszający :) miłego dnia, Asiu :)

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger