Czereśnie, złość i radość


Tego postu nie planowałam.
Wstałam zła. Zestresowana. Dzień jawił mi się jako pasmo obowiązków. Strój na zakończenie, kwiaty, książki, dyplomy, i jeszcze wyrobić dzieciom paszporty. Zosia marudzi, Antek marudzi, w pokojach znowu bałagan.
Jestem zdenerwowana, głodna i dzień, który miał być radosnym świętowaniem zaczyna przekształcać się w nerwową bieganinę. Zaczynam podnosić głos. Trzaskam garnkami w kuchni. M. uspokajająco przytula, jedzie po kwiaty i książki. Trochę mi lepiej, ale nie na tyle, żeby przestać marudzić i się miotać.

I nagle je widzę.
3 kilko czereśni, które wczoraj przyniosłam z Kooperatywy Grochowskiej. Stoją w kącie jeszcze nie umyte. Siadam więc na miską i zaczynam jeść. W tym rozgardiaszu i nerwach. Drogocenny czas poranka mija, ale ja nie wstaję od stołu. Czereśnie rozpływają się w ustach. Pełne słońca i dorodności. Niewzruszone.
Z każdą słodką kulką wracam do siebie. Z każdym jędrnym kęsem uspokajam emocje. Wdech, wydech i jeszcze jedna czereśnia.
Patrzę dookoła. I złość mija. Zdenerwowanie się rozpuszcza.
Wdech, wydech, czereśnia...
Tu, teraz, osadzić się, oddychać, jeść czereśnie...
Mistrzowie zen mają rację.  Trzeba się zatrzymać.
Tylko to się liczy. I wszystko się zmienia.

Przypominam sobie, co napisałam w tamtym roku w tym samym czasie. I znowu czas się zapętla i znowu to czuję :-)

"Siadam nad miską czereśni. Są aż czarne od swojej dorodności.
Przybywa pestek na talerzyku.
I nie umiem.
No nie umiem.
Powstrzymać zachwytu.

Bo jeżeli zdarza się
Taki dzień
Jak dziś
To czemu by z niego nie skorzystać?
Jak można..."

Kochani, dobrego końca roku i dobrego początku wakacji!
A ja już lecę, bo teraz już naprawdę się spóźnię ;-)

14 komentarzy:

  1. Nauczyć się zatrzymać, odetchnąć głęboko zamiast wybuchnąć i żałować potem swych niepotrzebnych zwykle nerwów to umiejętność, nad którą wciąż trzeba pracować, ale owa praca warta jest późniejszego efektu. Ja się tego wciąż uczę. Dobrze, że Ty pamiętasz o tym i nie ważne, czy do wewnętrznej równowagi prowadzi Cię medytacja czy czereśnie :) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Joasiu, ja popatrzę i też chcę się zatrzymać... Ale piękne, zaraz idę po nie:-)
    Dobrego, smacznego, spokojnego:-) Wiesia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesiu, jakże się cieszę, że Cię "słyszę" :)))
      Tobie też spokojnego ;)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Kasiu, czereśnie uratowały mnie też popołudniu :)

      Usuń
  4. Nigdy nie patrzyłam na czereśnie w ten sposób haha :))
    W niedzielę jesteśmy już umówieni,że jedziemy zobaczyć ,czy sprzedają już rwane prosto z drzew :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tez ostatnio miałam gorszą chwilę jednego dnia i pomogły trochę czereśnie. Uwielbiam, Ciągle po nie wpadam ostatnio do warzywniaka i częstuje czasem kilkoma Emilkę, tez lubi:)
    Pozdrawiam ciepło, taki miły wieczór letni aż szkoda ze w knajpie blisko nas ryczy jakaś okropna muzyka typu Pszczółka Maja (bynajmniej nie z bajki), bo chciałoby się posiedzieć na balkonie. Marlena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marleno, ja wykazuję objawy uzależnienia od czereśni.
      Co do hałasu, to współczuję.

      Usuń
  6. Czyli wszystko się skończyło happy endem :) I tak trzymać!
    kolodynska.pl

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger