Dubrownik o świcie


O piątej nad ranem zaspani ładujemy się do samochodu. Kilkanaście minut później parkujemy na prawie pustym parkingu, co w tym mieście nie jest takie oczywiste.
Słońce jest już całkiem wysoko, ale wszyscy jeszcze śpią.
Wraz z nami wypolerowane, kamienne uliczki przemierzają tylko śmieciarki i samochody dostawcze. Na straganach powoli rozkładają się rolnicy. Układają owoce w przemyślane stosy. Na kopcach brzoskwiń i winogron starannie drapują gałązki i liście. Kiedy zjawią się żądni malowniczości turyści, będzie, jak znalazł.
Ktoś znosi dziecięcą komodę, ktoś niesie stos wykrochmalonej pościeli do hotelu.
Restauratorzy krzątają się wokół swoich knajpek, porządkują skrzynki, wystawiają śmieci. Starsze panie udają się na poranną mszę. Ktoś wyprowadza psa. Ktoś wygląda przez okno.
Jest cicho i spokojnie.
Chwila przed wielką falą, która zaraz wleje się pomiędzy mury.

Takie miasta, jak Stary Dubrownik, to w dużej mierze "plaster bez miodu", jak kiedyś opisywał San Gimignano Jarosław Iwaszkiewicz. Centra pozbawione lokalnych mieszkańców, nastawione na masową turystykę. Owszem - malownicze, z historią, ale jakoś puste w środku, wypatroszone, bez życia.
Jak dekoracje.
Jak te specjalnie drapowane liście na brzoskwiniach. Przygotowane do czarowania turystów.
Nie ma fryzjera, szewca, pasmanterii, są tylko knajpki i sklepiki z pamiątkami. Na sznurkach nie suszą się sukienki, koszule i gacie pana domu tylko powiewają ręczniki i kostiumy kąpielowe mieszkańców licznych apartamentów na wynajem.
Wszystko jest nastawione na miliony przyjezdnych, którymi i my jesteśmy. Wszystko jest nastawione na konsumpcję i masowe zachwycanie się. Co i my robimy...

Ale to życie gdzieś się tli.
W porannym krzątaniu się restauratorów i gołębiach, które latają, jak oszalałe przez puste place.
W chłopaku, który gwiżdżąc rozładowuje skrzynki pełne coca-coli.
W starszym panu, który wchodząc przez główną bramę, dotyka kapliczki z Madonną i zamaszyście wykonuje znak krzyża.
We wschodzącym słońcu, które pełza po kamiennych murach.
W Zosi, która nie idzie, ale zapamiętale tańczy, bo puste miasto to dla niej wspaniała scena.

Szukamy tych śladów. One nas najbardziej interesują.

Po ósmej przysiadamy w kawiarni na sok i kawę i obserwujemy, jak z każdą minutą zapełniają się stoliki. Potem pod prąd wielkiej fali odjeżdżamy z Dubrownika.
Z ulgą wracamy do naszego wiejskiego domku, który wynajęliśmy od skrzypaczki z dubrownickiej orkiestry kameralnej :-)
Ale o tym w następnym poście...




























6 komentarzy:

  1. Piękna architektura. I pięknie przedstawiłaś to miejsce słowem - jak się zamknie po przeczytaniu na chwilę oczy, to prawie się tam jest, i prawie się da usłyszeć to gwizdanie chłopaka od coca-coli :) Pozdrawiam serdecznie i czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Ale tylko o świcie, potem nie widać nic spod ludzi ;-)

      Usuń
  3. niesamowite zdjęcia ! pięknie pokazałaś budzące się miasto:)te stoliki przykryte bordowymi obrusami wyglądają jakby unosiły się w powietrzu jak tancerze.......

    OdpowiedzUsuń
  4. Też w tym roku byliśmy w Chorwacji, niestety w Dubrowniku nie byłam nigdy, a z Twoich zdjęć mnie po prostu oczarował. Być może i w następnym roku Chorwację wybierzemy na miejsce urlopu, wtedy nie odpuszczę i muszę zobaczyć ten plaster bez miodu ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger