Iść i czuć


Idę przez majowy Grochów. Jest północ.
Dziś skończyły się półroczne zajęcia fotograficzne u mojego nauczyciela Mikołaja Grynberga.
Co dwa tygodnie spotykałam się z nim i z czterema niezwykle utalentowanymi kobietami. Pracowałyśmy nad osobistymi projektami fotograficznymi. Szłyśmy przez nasze pomysły wytrwale, cierpliwie, choć nie bez zwątpień. Dzięki uważności i empatii Mikołaja kryzysy mijały. Projekty nabierały kształtów. Wychodziły ze sfery fantazji i planów. Stawały się konkretnymi zdjęciami. Lub słowami. Patrzyłyśmy, jak się rozwijamy.

Coś mi się wyostrzyło po tych zajęciach.
I nie mam tu na myśli autofokusa.
Coś się poukładało. Coś się uwierzyło.
Wielka wdzięczność.

 
W Mace i Wodzie świętujemy więc pizzą, kwiatami cukinii i procecco. Warszawa rozkosznie pokazuje swoją najlepszą twarz.
A ja tak lubię te dziewczyny. Zdolne, piękne, mądre. A zdjęcia robią takie, że ho, ho! Tylko się kłaniać.
Mówimy sobie dobre słowa i jednak zastanawiamy się, jaki jest sens uszczęśliwienia świata (w którym wszystko już było) naszymi obrazami. Wszystkie mówimy szeptem. Kto to usłyszy?

A potem idę piechotą przez Grochów. Zostawiam za sobą głośne Rondo Wiatraczna i zanurzam się w ciemne uliczki. Pachnie bzem i skoszona trawą. To czwartkowa noc, więc wszystkie grochowskie zmory śpią. Nikt się nie awanturuje, nie klnie, nie śpiewa na cały głos.
Majowa cisza.
Na ciemnym niebie różowawe chmury. Nade mną kasztany.
Mijam wszystkie miejsca, które mnie tworzą. Tu mieszkam, tu żyję, stąd jestem, choć nie zawsze mi tu łatwo. Przedszkole moich dzieci. Potem park, gdzie Antek trenował piłkę. Pracownia ceramiczna Zosi. Mój ulubiony sklep Społem w modernistycznym pawilonie z lat 60. (mają tu mini-kajzerki, bezglutenowe mąki, klej, blok, taśmę (na poratowanie każdej matki) i zawsze coś fajnego w koszu na różności). Punkt odbioru paczek z Inpostu. Knajpa, gdzie spotykam się z grochowskimi przyjaciółkami. Blok sąsiada A. i sąsiadki R. Ulubiona cukiernia, Biedronka i domki, w których chciałabym mieszkać.
Mikromapy. Małe kosmosy codzienności.
Wzruszenie.

Stare bloki, stare drzewa, stare bzy. 
W tle słychać pociąg. Stukocze do Otwocka. 
Drzewa schylają się nad ulicą. Jak dobrze, że Was nie wyrąbali. Jesteście takie piękne.
Powietrze otula kokonem. Ani za ciepło, ani za zimno. 
I przychodzi taka myśl banalna i bolesna jednocześnie - jaki jest sens, żeby tak iść przez puste ulice w majowa noc? I tak czuć.
Ale wiem to przecież, że odpowiedź jest prosta i jest właśnie w tym - żeby tak iść i tak czuć...
Nie ma nic więcej.

13 komentarzy:

  1. Kochana, szłam i czułam z Tobą. Czułam ten bez i widziałam te domki, w których chciałabyś mieszkać. Dziękuję.
    Ściskam.
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tobie też by się spodobały :) Te domki :)

      Usuń
  2. Prawie to czuję. Kocham wieczorną Warszawę pachnącą bzem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Joasiu patrzę na to zdjęcie i czuję bez. Czytam Twoje słowa i oczami wyobraźni widzę Grochów. Nigdy tam nie byłam, a jakby mi bliski. Uwielbiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjedź kiedyś, zabiorę Cię na grochowską wyprawę :)

      Usuń
  4. "Coś się poukładało. Coś się uwierzyło.
    Wielka wdzięczność."
    Tak się cieszę. I cieszę się, że mogę wraz z Tobą.

    Zadaję sobie te same pytania, wiesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem...Już się chyba od niego nie uwolnimy...

      Usuń
  5. warto tak iść i czuć... tak! dziękuję Joanno - było mi trzeba takich słów!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Warto tak iść. I wątpić, i zbierać się w dalszą drogę, i marzyć, i śmiać się z samego siebie, i płakać, i krzyczeć. I kochać. :-)

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger