Procida


A jak zmęczy Was Neapol, to trzeba zejść do portu. Znaleźć odpowiedni wodolot lub statek.
I popłynąć.

"Procida. Z Pozzouli na wsypę przewozi nas przed południem statek z towarami przekupek. Obraz portu całkowicie afrykański. Mauretańskie fasady domów. (...) Mały autobus wdrapuje się z portu do górnej części miasta wąską, stromą drogą; jest tak wąska, że przechodnie muszą się wycofywać do bram, żeby nie zaczepił ich błotnik autobusu. Dziwne, różnobarwne domy ozdobione ładnymi sieniami. Procida jest małą wyspą, ma może z dziesięć tysięcy mieszkańców. Teraz zaczyna być modna, spędzają tu lato pisarze, artyści, rozmaici cudzoziemscy dziwacy. Ale jeszcze ciągle jest taka, jakby w urzędzie gminnym Arabowie przesuwali w palcach paciorki bursztynowego różańca.
(...) Na brzegu kąpielisko biednych Włochów. Nie ma kabin, restauracji, tylko piasek i jaskinie. Policjant, dużo dzieci, drobni urzędnicy. Ale niebo lśni złotoniebieskim blaskiem. Jak tu czuć się żebrakiem w tej olśniewającej pompie!"
Sandor Marai, 15 sierpnia. 1951 r., "Dziennik"

Czy coś się zmieniło? Naprawdę niewiele. Kolorowe domki witają przypływających, nadal mieszka tu dziesięć tysięcy mieszkańców i grupa artystycznych dziwaków. Autobus pnie się uliczkami tak wąskimi, jak chodniki.
No może restauracji więcej, ale życie toczy się w nich powolnym rytmem.
No może film tu nakręcili. O ten.
Ale na plaży nadal wszyscy na ręcznikach.

Schodzimy do drugiego portu Marina della Corricella. Nie da się tu niczym dojechać, można tylko iść wieloma schodami w dół. Albo przypłynąć łódką. Cisza. Suszą się sieci. Jemy owoce morza, pijemy zimne wino. Spokój. Żałuję, że nie jesteśmy tu wczesnym rankiem i nie mogę obserwować wracających z morza rybaków. Nic tu nie jest na pokaz. Choć wszystko malownicze.
Potem plaża po drugiej stronie wyspy z widokiem na Ischię. Fale obijają się o brzeg. Woda jest aksamitna. Trudno z niej wyjść. Dziewczyna przy jedynym barze śpiewa przez megafon jakieś włoskie hity. Czas na chwilę się zatrzymuje.

Wracamy statkiem, a nie zamkniętym wodolotem. Jestem cała w soli. Wiatr rozwiewa włosy i sukienki. Opieram się o ramiona M. Myślę sobie o tym, jak to jest być z takiej wyspy? Kim się wtedy jest? Kiedy z jednego krańca na drugi możesz dojść w godzinę? Kiedy codziennie widzisz złotoniebieską pompę?
Przed przybyciem do portu mewy dają pokaz. Przylatują blisko, są na wyciągnięcie ręki.
Neapol migocze zgiełkiem.





















5 komentarzy:

  1. Och, Asiu...
    Jestem cała w zachwycie.
    Dziękuję!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny tekst i niemniej piękne zdjęcia. Trafiłam w to miejsce (Joanna w kolorze) przypadkowo. Wrócę!

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger