"Kraj, który tańczy"


W sumie to nie chcę pisać o tym miejscu.
Albo chcę pokazać zdjęcia bez mówienia, gdzie to jest.
Z naiwną wiarą, że nikt tam nie przyjedzie i nie zadepcze. Bo jest nas tutaj kilkanaście osób. W miejscu tak pięknym, że blednie przy nim Toskania.

Nie pojechałabym tam, gdyby nie A. z Dzienników Stołowych. To ona poleca mi tę wyprawę,  przewidując, że może mi się spodobać. Jedziemy więc 250 km od naszego włoskiego domu.

Wiemy, że to obszar dotknięty trzęsieniami ziemi sprzed kilku lat. Mijamy zburzone miasteczka i prowizoryczne osady z kontenerów. Mijamy ciężarówki żołnierzy i strażaków, którzy odbudowują drogi i domy. Ludzi krzątających się przed swoimi tymczasowymi, plastikowymi domostwami w cieniu tych zburzonych, kamiennych, starych. Przed każdym bungalowem kwiaty w donicach, stoliki, krzesełka. Opuszczam aparat, bo niestosowne jest robienie tu zdjęć.
Coraz ciszej między nami. Coraz ciszej...

Oddaję głos mojemu mężowi:
"Najpierw Visso, ze średniowieczną starówką, położone w samym sercu masywu górskiego. Na pierwszy rzut oka zniszczenia są niewielkie, kilka zburzonych domów, ale to tylko pozory, z bliska okazuje się, że w zasadzie wszystkie domy nie nadają się do zamieszkania. Podtrzymywane drewnianymi stemplami oraz często opatulone w metalowe łańcuchy czekają na odbudowę. Jest bardzo mało ludzi. Wokół całej starówki ogrodzenie i czerwona strefa, czyli zakaz wchodzenia. Trwa rekonstrukcja zabytków. W jedynej kawiarni pijemy kawę razem ze zmęczonymi żołnierzami, na których spoczywa główny ciężar odbudowy.  

Dalej do Nursji (Norcia). Wszędzie prace drogowe, wszystko mozolne i skomplikowane, bo przecież jesteśmy na wysokości ok. 1500 m.n.p. Niektóre drogi są całkowicie zamknięte.(...)
W Nursji przez moment wydaje się, że jest znacznie lepiej. Na głównym placu stoi pomnik św. Benedykta, tuż przy obłożonej rusztowaniami bazylice z XII w. Niestety wystarczy zajrzeć „do środka” świątyni, żeby zorientować się, że rusztowania podtrzymują jedyną ocalałą ścianę. Turystów bardzo mało, niektóre sklepiki działają w starych miejscach, ale większość przeniosła się do budek ustawionych w pobliskim parku. Sprzedawcy niezwykle mili, ale tylko odrobinę bardziej niż gdzie indziej. Robią po prostu swoje, sprzedają piwo klasztorne, wędliny i lokalne warzywa strączkowe. Smutni i obkupieni w piwo i fasolkę opuszczamy miejsce urodzenie jednego z głównych chrześcijańskich świętych, patrona Europy i nomen omen architektów i inżynierów.

Wreszcie zza gór wyłania się płaskowyż Piani di Castelluccio. Jest to równina kwiatowych łąk ze wszystkich stron otoczona Górami Sybilińskimi. Miejsce oszałamia pięknem i niezwykłością. 

Samo miasteczko Castelluccio znajduje się na wzniesieniu i z daleka wygląda malowniczo, ale tu również prawie wszystkie domy grożą zawaleniem. Przed „byłymi” budynkami właściciele ustawili foodtracki i budki z pamiątkami. Jest kilka samochodów z turystycznymi rodzinami jak nasza, kilkoro turystów z plecakami, którzy są zdeterminowani, aby przenocować w którymś z ocalałych domów z szyldem „Agroturismo”.
Nie możemy zobaczyć żadnego zabytku, bo wszędzie jest „Zona rossa”, ale właśnie tam mam poczucie, że dotknąłem istoty włoskości, tego co tutaj tak bardzo kocham i co tak bardzo imponuje światu. A jest to głęboka godność tych ludzi, która pozbawiana „rozdzierania szat” w każdej sytuacji wydobywa esencję własnego powołania. Właściciel baru robi kawę i robi ją zawsze całym sobą. Tak samo kroi się tutaj bułkę i przekłada serem, tak samo się upiększa prowizoryczny domek i dba o przestrzeń w morzu katastrofy. Włosi mogą być zmęczeni, przygnębieni i smutni, ale wiedzą, po co żyją."

Więc jednak pokażę Wam to miejsce, bo warto tam pojechać. Nie tylko dla oszałamiającego piękna, ale dla mieszkańców tych okolic. "Jestem pewny, że nie chodzi tylko te kilka euro, które możemy tam wydać, ale o potwierdzenie, że postawa  mieszkańców ma sens."

Po powrocie kupuję oczywiście "Terremoto" Jarosława Mikołajewskiego. Co i Wam polecam z całego serca. "Podnoszę głowę, tracę oddech. Dosłownie. Serce napiera mi na żebra." Tak autor opisuje swoje spotkanie z tym miejscem.

Przed Wami maki i chabry na płaskowyżu Piani di Castelluccio na granicy Umbrii i Marche.
Piękno pomieszane z grozą.
Snuję marzenia o powrocie...

Tytuł posta to cytat z książki "Terremoto" Jarosława Mikołajewskiego, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, str. 105












17 komentarzy:

  1. Niesamowicie. Jak malowane. Ja obiecuję że nie pojadę tylko mi pokazuj pokazuj pokazuj 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowne kadry i te kolory ... Fantastyczne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Te zdjęcia sà przepiękne! !!!!!!!Wspaniałe kadry!

    OdpowiedzUsuń
  4. Godne podziwu bardzo. Zdjęcia warte miejsca - tak myślę miejsca nie znając...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiedzialam ze Mateusz tak pieknie pisze..a Twoje zdjecia hipnotyzuja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mateusz pisze świetnie. Może bedziee więcej takich wspólnych postów. 😊

      Usuń
  6. Cudownie po prostu!!! Niezwykłe miejsce i te twoje zdjęcia.. ah ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. piekne widoki w smutnych dla mieszkańców okolicznościach..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten styk piękna i grozy jest niezwykły...

      Usuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger