Rumunia - Maramuresz


Rumunia.
Marzenie od jakiegoś czasu.
Wybraliśmy region Maramuresz i tam spędziliśmy tydzień.
Ludzie zakochują się w Rumuni na amen, a ja...polubiłam, owszem, ale nie na amen.
To bardzo ciekawy kraj, jeszcze pełen kontrastów. Czasem malowniczych, czasem bolesnych. Trochę, jak lata 90. w Polsce.
Na ulicach furmanki z końmi i beemki. Obok Lidla chłopak sprzedaje arbuzy z wielkiej pryzmy. Kobiety w każdym wieku na co dzień ubrane w stroje ludowe. Kołyszą się biodra w kwiecistych spódnicach.
Wokół zieleń piękna, nasycona, szmaragdowa. Na niebie kolejne pasma Karpat.

Mieszkaliśmy w przepięknej wsi Breb - pełnej tradycyjnych drewnianych domów z imponującymi bramami. I różowych pałaców tuż obok ;-) Breb okazał się o wiele bardziej malowniczy i klimatyczny niż miejscowości polecane w przewodnikach, zaś nasi gospodarze - Roxi i Florin - zakochanymi w regionie pasjonatami. Tradycyjne dywany, jakimi Roxi udekorowała dom, zawróciły mi w głowie.
W samej wsi jest sporo miejsc noclegowych i niezwykle piękny kamping prowadzony przez holenderską rodzinę. Do tego Eveline jest utalentowaną rysowniczką, a jej piękne, kobiece kartki można kupić na miejscu. A ma co tam rysować. Bo po wsi kobiety chodzą ubrane w kolorowe spódnice i chustki, z koszami na plecach. Popołudniami szydełkują lub haftują na werandach wśród róż i mieczyków. Mężczyźni idą w pole z drewnianymi grabiami. Po linię horyzontu wypiętrzają się charakterystyczne kopce siana.
Za naszym domkiem kwitła przepiękna łąka, a wokół nas kręciło się sporo zwierząt - naszych i nie naszych. Fruzia, psy właścicieli, przybłąkany pies Dojna i podrzucona właścicielom syjamska 2-miesięczna koteczka. Karmiliśmy cały zwierzyniec :-)
I powiem Wam szczerze, ciężko nam się było rozstać i z kotką i z szalonym Dojną.
Serca nam się zrobiły pojemne...

Zwiedziliśmy oczywiście wszystko, co należało zwiedzić. Piękne ciche cerkwie, Wesoły Cmentarz w Sapancie, okoliczne wsie, urocze miasteczko Baia Mare oraz pograniczny, tętniący zwykłym życiem (a nie turystycznym) Syhot. Wróciliśmy wyładowani dywanami, bo z nich słynie Maramuresz. Jakbym mogła, to wykupiłabym je wszystkie. Tkane, wełniane, oryginalne, w obłędne kwiaty. Pokazywałam je na Instargramie - tu, tu i tu.

Mieliśmy tylko jedną wpadkę - kolejkę Mocanita. Tak to opisałam na FB ;-)
"Co mnie podkusiło, to nie wiem. Od dziesiątek lat unikam takich atrakcji. A tu nagle trzymamy cztery bilety w ręku. Kolejka wąskotorowa lokalnych drwali w głąb Maramureszu. Brzmi romantycznie, ale to pułapka. Zasadzka. Podstęp.
Tłumy rumuńskich rodzin, węgierskich emerytów i okolicznych kolonii. Wagoniki małe, ławki twarde, choć wszyscy bardzo mili a atmosfera bez napięcia.
Ponad dwie godziny (plus dwa przymusowe pikniki) toczymy się w totalnej nudzie. Dnem doliny, wśród gęstego lasu. Czekamy i czekamy, wypatrujemy i wypatrujemy, ale nie ma tu absolutnie nic. Nafing, zero, nic ;-) I nie, nie docieramy do Morskiego Oka, na Kasprowy Wierch, nad brzeg morza, na wieżę, górę, klif - gdziekolwiek, gdzie byłoby "coś". Coś, cokolwiek co nadawałoby sens temu turkotaniu przez las. Bo w końcu nie jesteśmy drwalami, którzy jadą tam po drewno.
Docieramy na polanę, gdzie dudni muza, pieką się kiełbaski, a zmęczeni młodzi ludzie w strojach ludowych próbują nas rozerwać tańcami. Obiad się serwuje, piwko się otwiera, kolejne grupy odjeżdżają, kolejne przyjeżdżają. Precyzyjna organizacja. Turystyka zorganizowana.
Wszyscy trochę z niedowierzaniem patrzymy wokół. Już? Koniec? To wszystko? Wokół polany ściana lasu, więc nie ma gdzie uciec, a swoje trzeba odczekać. Pułapka idealna.
Potem znów dwie godziny turkoczemy z powrotem. Kiedy wtaczamy się na stację, słychać okrzyki ulgi. Mijani lokalni mają jakby lekki ironiczny uśmiech na twarzy.
Więc gdybyście chcieli jechać tą kolejką, a tak jak ja nie przepadacie za tego typu pułapkami, to już nie musicie. Byłam tam też za Was ;)"


Czy polecam Rumunię? Oczywiście! To piękny i bardzo przyjazny kraj. Jak pisałam Wam tego posta, to nawet trochę zatęskniłam. Wróciłabym tam na jakiś plener fotograficzny. No i po więcej dywanów :-)

Zapraszam na spacer po Brebie, Syhocie i okolicach. 












































4 komentarze:

  1. Bardzo mi się podobają Pani zdjecia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Asiu, ta Rumunia to już kilka lat za mną chodzi, więc z ciekawością obserwuję :)
    A jak oceniasz kwestie bezpieczeństwa?
    Czy wersja sama kobieta z dzieckiem byłaby Twoim zdaniem ok? Chciałabym tam kiedyś z A. pojechać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małgosiu, tam gdzie byliśmy, to było bezpiecznie, jak w uchu :) Mega przyjaźni.

      Usuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger