Neapol po raz trzeci


Wiecie, co tym razem było najpiękniejsze?
To uczucie, że wszystko jest...
...
na miejscu.

Ruch, chaos, bałagan.
Wszystko.
Jakbym stawała się częścią tego świata, a nie tylko obserwującą turystką z wyostrzonym zmysłem oceniania i porównywania.

Byliśmy u Grudzińskiego, Maraia i Ferrante, a to dobre ścieżki, żeby budować "swój" Neapol. Willa Ruffo, cudowne Posillipo, smutne Rione Luzzatti.
Poza tym klasycznie: kawa w Gambrinusie, pizza u Sorbillów, pomarańcze na targu. Port, promenada, ogród botaniczny. Muzeum Archeologiczne i Muzeum Sztuki Nowoczesnej Madre. Niezliczone ilości kilometrów. W końcu wiem, gdzie w Neapolu jest park z prawdziwego zdarzenia, a nie skwerek pełen śmieci ;-)
Ale i tak jeszcze nic nie wiem o tym mieście.

To był też ważny wyjazd z powodów rodzinnych, bo podróżowanie z dorastającymi dziećmi wymaga szybkiej zmiany swoich założeń. Dość powiedzieć, że moje dzieci samodzielnie chodziły i jeździły metrem po Neapolu, ja byłam sama na Wyspie (o czym niebawem), M. w teatrze San Carlo, a wszyscy mocno odpuściliśmy oczekiwania. Było dobrze, choć inaczej.
A już za kilka tygodni będę tam znowu w zupełnie zaskakującej dla mnie konstelacji.
Tymczasem chodźcie ze mną..

TUTAJ możecie przeczytać moje poprzednie relacje z Neapolu.














 








5 komentarzy:

  1. ach jak dawno tam nie byłam...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnia para zdjęć nadaje całości fotoreportażu (wybacz, jeśli nie leży Ci to określenie) smaczku.
    Świetne 😘

    OdpowiedzUsuń
  3. Mało jest takich nacji, które architekturą nie szpecą krajobrazu. Włosi to potrafią. Świetne foty.

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger