Mama mamy

"Przypominam sobie, jak bardzo młoda matka potrzebuje w tym czasie kontaktu ze swoją matką. Bo rodząc dziecko, przeszła na jej stronę świata. Teraz obie są matkami, towarzyszkami w matkowaniu.
Ja, będąc w tym momencie życia, najbardziej potrzebowałam od swojej mamy obecności.
I docenienia tego, że sobie poradziłam i radzę.
Potrzebowałam jej doświadczonego spokoju, na którym mogłabym się oprzeć.
I potrzebowałam mamy dla siebie - kogoś, kto da mi swój czas, uwagę i troskę, tak jak ja daję to mojemu dziecku. Kogoś, kto mnie zna i bez słów wie, że teraz przydałby mi się kwadrans snu, a teraz coś do podparcia nóg przy karmieniu i że ten płacz zaraz minie...
Mama mamy."

Czy da się to trafniej opisać?

To słowa Soni Raduńskiej, pięknej i mądrej kobiety, która całą sobą wie, co w kobiecej duszy gra. Jej książka "Kartki z białego zeszytu" to lektura prosta i poruszająca jednocześnie.
Chciałabym tak umieć pisać, jak Sonia.

A teraz patrzę na raczkującą, niczego nie świadomą Zosię i już się cieszę, że będę mogła ją wspierać, kiedy będzie przechodzić na "stronę matki."
I mam głęboką nadzieję, że będę umiała to zrobić.
Taktownie, z miłością i czułością dla jej wyborów.
Bo za 30 lat, pewnie inaczej będzie się rodzić, wychowywać, opiekować.
Może karmienie piersią, chusty, ekologia to będą przebrzmiałe trendy?
Czy będę umiała być ponad to - ponad własne, mocne doświadczenie macierzyństwa?
Czy będę umiała "ustąpić miejsca" mojej córce?
Stać za jej plecami w "czerwonym namiocie" kobiet, gotowa do dyskretnej pomocy i dzielenia się swoją mądrością a nie przemądrzałością.
Czy będę pamiętała, jak delikatna jest młoda mama i jej odkryte serce?
I że zdanie zachwytu "jaki on malutki" może w niej wywołać panikę, czy aby dobrze je karmi, jak taki malutki...

I czy będę umiała być przy NIEJ, a nie tylko przy nowo narodzonym dziecku?
Mam nadzieję, że tak.

A czy będę umiała tak stanąć za kobietą mojego syna?

Och, wspaniałe wyzwania przede mną!

A pamiętam do dziś, że słowa pochwały od matki "świetnie sobie radzisz, córuś, jesteś super mamą" mogą zdziałać cuda i leczyć obolałą duszę położnicy.

A jak było u Was?
Doświadczyłyście tej kojącej obecności mamy? A może innej, mądrej kobiety?
Czy byłyście same w okresie połogu?
Zachęcam Was do dzielenia się swoimi opowieściami.
Wśród autorek komentarzy wylosuję książkę Soni.
Czekam na nie do 25 lutego.

Sonia Raduńska, "Kartki z białego zeszytu", Wydawnictwo W.A.B, wydanie I, 2008

6 komentarzy:

  1. Moja Mama było od zawsze moją przyjaciółką, mimo iż mam dzieci traktuje mnie jak swoją Córkę którą trzeba czasami pocieszyć , przytulić, wspomóc dobrym słowem i pochwalić.
    Owszem dobre rady na początku macierzyństwa wprowadzały w mój życie bunt, ale ja jestem zdecydowanie z tych przewrażliwionych.
    Teraz cieszę się że jest kochającą babcią dla swoich wnuków tak samo jak jest kochającą matką dla swoich dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  2. A u nas inaczej jakoś. Bez tego bycia blisko. Jakby tego nie przeżywała nigdy...

    Owszem gotowala nam obiady ale dziecka jakby się bała. Po starszych wnukach widze że kontakt zyskuje koło 3 lat, gdy z dzieckiem daje się już dogadać.
    Istotne było wsparcie innych matek, które już tego doświadczyły.

    OdpowiedzUsuń
  3. więcej, mocniej, bardziej, słowa które często padały z ust mojej Mamy, gdy byłam jeszcze dzieckiem...nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć..dlaczego mnie nie docenia, dlaczego zawsze musi być jeszcze lepiej, bardziej..to matczyna troska, o spokój sumienia, aby jej dziecko, gdy samo dorośnie miało lepiej nż Ona sama ma...coś jednak się zmieniło. kilka lat temu, gdy NESPODZIEWANIE zachorowała moja siostra - wiele się zmieniło...teraz mogło być mniej, słabiej, gorzej...nie,nie dlatego, że straciła wiarę, ale dlatego, że na nowo ją odzyskała...że, życie jest zbyt kruche, aby wiecznie ścigać się z czasem...czasem warto powiedzić stop i nie pędzić. przysiąść i zastanowić się jaką drogę wybrać. dziś, gdy sama jestem mamą, rozumiem wszystkie troski mamy..dzisiaj nie wyobrażam sobie, żeby Jej nie było przy mnie. cudownie jest patrzeć, gdy Mama nieporadnie bierze na ręce Moją córkę, przebiera ją, czy czule z nią rozmawia...warto było czekać na te chwile...

    OdpowiedzUsuń
  4. a ja byłam sama i płakać mi się chce, jak to czytam.
    Moja mama raczej by mi wytknęła bałagan, rozrzutność i brak zorganizowania, niż dała wsparcie. Że nie wspomnę o wiecznym "nie noś go, bo rozpieścisz", "niech się wypłacze, ciebie zostawiałam i szybko się nauczyłaś."
    Może to lepiej, że wtedy byłam sama, ale sama chciałabym być inna.
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  5. W moim przypadku mama była trochę z dystansem nastawiona do mojej pierwszej córki. Do dziś pamietam jej minę, jak usłyszała, że zostanie babcią i jej komentarz, "co ty teraz zrobisz, co ze studiami?". Myślę, że "winiła" ją, iż przez jej przyjscie na świat zmieniłam swoje podejście do kontynuowania nauki-wystarczył inżynier. Ma zupełnie inne podejście do spraw wychowania, czym moje córki sa starsze, tym więcej sytuacji konfliktowych. Ostatnio dowiedziałam sie od mojej siostry, że mama nie chce przyjeźdżać do mnie, bo nie podoba sie jej mój sposób wychowania dzieci. Podobno za to, jak sie do mnie odzywają powinnam im spuścić lanie, a nie spokojnie rozmawiać i tłumaczyć. Moje pokłady cierpliwości i tolerancji są znacznie większe niż jej. Smutne to, ale prawdziwe...

    OdpowiedzUsuń
  6. Aż trudno dobrać odpowiednie słowa, aby opisać to, co czuję i pamiętam. To takie piękne i niezwykłe przeżycie, że chyba w żaden sposób nie da się w pełni go odzwierciedlić w postaci słów...
    Moja Mama wiedziała, że będzie mi bardzo potrzebna, jeszcze zanim ja sobie to uświadomiłam... Już wcześniej zaplanowała tak swoją pracę, aby mieć możliwość wziąć wolne, gdzy pierwsze wnuczątko pokona już tę ostatnią drogę na świat. I pomimo, iż Dzieciątko zrobilo nam niespodziankę - rodząc się kilkanaście dni wcześniej, niż to z lekarskich obliczen wynikało - moja Mama była gotowa, aby matkować mi od pierwszej chwili.
    Przyjechała z odległego miasta, aby odwiedzić mnie w szpitalu.
    Czekała w naszym mieszkaniu, gdy Mąż pojechał po nas (mnie i Córeczkę) do szpitala.
    Od pierwszej sekundy była gotowa, aby być dla mnie...
    To dzięki mojej Mamie udało się Córeczkę przekonać do piersi - początkowo były z tym ogromne trudności, ale moja Mama byla silna i cały czas dawala mi nadzieję, ze się uda. Udało się i karmię do dzisiaj, a niebawem upłyną dwa lata od tamtych dni.
    Mama prawie o nic nie pytała. Zupełnie jakby czytała w moich myślach, spełniając moje potrzeby zanim zdążyłam je wypowiedzieć. To było niesamowite.
    Gdy po 2 tygodniach wracała do domu, płakałam jak dziecko. Tak bardzo byłam i nadal jestem Jej wdzięczna za wszystko, co wtedy dla mnie zrobiła.
    Urodziłam Córeczkę i wiem, że pewnego dnia ja będę odgadywała Jej potrzeby i pragnienia, gdy Ona utuli swoje maleństwo w ramionach. Będę wtedy pamiętać to wszystko, co zrobiła dla mnie moja Mama w tych ważnych chwilach życia i postaram się tak, jak Ona stanąć na wysokości zadania i być matką dla młodej matki - dla mojej Córki.

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger