Nauki z biegania


Biegam już 3 miesiące.
Biega mi się doskonale, ciągle z przyjemnością, ale cały czas z "kluczykiem", o którym pisałam TU.
Tylko zamiast 30 minut zrobiło się 60 :-)
Biegając odkrywam różne rzeczy o sobie. Nieustannie obserwuje swoje ciało, emocje i myśli.

Główne odkrycie to takie, że jestem długodystansowczynią (uff, ale łamacz językowy, ale uwielbiam żeńskie formy wyrazów :-)

I pogodzenie się z tym nie zawsze idzie mi łatwo.
Potrzebuję dużo czasu, rozbiegu, powolności, żeby osiągnąć swoje maksimum. Na początku zawsze idzie mi opornie. Pierwsze 20-25 minut biegu to zazwyczaj męka ;-)
I ten opór uczę się akceptować.
Bo chciałoby się szybciej, sprawniej, bardziej efektownie - i w bieganiu i w życiu.
Hop, siup i świetny wynik.
Błysk, gwiazda, oklaski!

A wynik przychodzi znacznie później.
Zaczyna się tam, gdzie należałoby już zawracać do domu.
Nagle nogi same niosą, serce miarowo dudni, wysiłek staje się przyjemnością.
To dla mnie ważna lekcja cierpliwości i spokoju.
Lekcja nieulegania oczekiwaniom, ambicjom, oglądaniu się na innych.
Lekcja wytrwałości.

I nauka absolutnego zaufania swojemu rytmowi.
On nie jest ani za wolny, ani za szybki. Jest mój, idealnie dostosowany do chwili - możliwości, wydolności, cyklu, pogody.
Kiedy się z nim nie szarpie, mogę więcej, dalej, mocniej.
Centrum jest we mnie, ja WIEM, jak biec.
Jak żyć.
No ale nie jest to tak efektowne, błyskotliwe, seksowne, jak sobie wyobrażałam ;-)
Raczej skromne, ciche i zwyczajne.
Ale widzę i czuję, jaką to ma moc, jakie poczucie ugruntowania daje, wiary w siebie, zaufania do ciała.

Miarowy bieg we własnym rytmie.

Miarowe życie we własnym rytmie.

Raz wolniej, raz szybciej, ale po swojemu.

Czego oczywiście wszystkim Wam życzę :-)

2 komentarze:

  1. Bardzo mi bliskie to co piszesz :) Pod każdym względem! Nawet te 20 minut, czyli pierwsze 3 km, które zwykle są u mnie pod znakiem pytania: ale u diabła, po co mi to było;) Miarowość biegania uwodzi. I jego moc, która budzi moc w nas :) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja przyjemność z biegania rośnie wprost proporcjonalnie do czasu, od którego to robię:)
    Nadal jestem "klopsem" i to się chyba nie zmieni, ale za to jakiż szczęśliwy i rumiany to klops;-)
    A te okoliczności przyrody...! Ostatnio spotkałam puchacza:)
    Pozdrawiam w rytmie:)

    OdpowiedzUsuń

Uwielbiam Twoje komentarze :-)
Pisz, polemizuj, pytaj. Dzięki temu blog żyje.

Copyright © 2016 Joanna w Kolorze , Blogger